piątek, 21 kwietnia 2017

Szkoła

Jestem wykończona, nie mogę mówić i przytyłam ta dużo, że o ja pierdole. Nikogo nie zainteresowało, w jakim jestem stanie, nawet musiałam sporo mówić na lekcjach, niby żaden problem, ale cholernie bolało. Jeśli ja ich nie obchodzę, to powinni chociaż zainteresować się zarazą, którą przyniosłam do szkoły na 2 tygodnie przed maturą, zdecydowanie nie powinno mnie być na lekcjach, ale byłam.

To nie tak, że nauczyciele mi utrudniają, wręcz przeciwnie, niektóre nauczycielki chyba odczuwają przymus zaopiekowania się kimś, kto wygląda jak kupa nieszczęść. Moja frekwencja wyniosła mnie już 50% ze wszystkiego, nie wszystkie obecności miałam usprawiedliwione. Tak naprawdę nie muszą nawet wyrażać zgody na egzamin klasyfikacyjny. Tymczasem dostałam szansę ze wszystkiego. Uczniowie mają pretensje, że zostałam potraktowana ulgowo, nie zauważają, że pozaliczałam wszystkie zaległości i nie tylko, oni mieli takie same prawa, nauczyciele poszli by im na rękę, ale nie chciało im się pracować. Nikt nie widzi też, że zadania które dostałam do wykonania, przekraczają możliwości normalnego ucznia, ale nauczyciele po prostu wiedzą, że dam radę. Jestem tym wykończona psychicznie, wciąż pracuję, już większość roboty za mną, ale najgorsza jest ta niepewność, która towarzyszy mi stale.

  • Historia: "Tu się nie da nic zrobić, jeśli rada wyrazi zgodę, napiszesz egzamin, dam ci łatwe pytania" Jedyna nauczycielka, która postawiła sprawę jasno na początku.
  • Matematyka: "Pracuj systematycznie, to może pozwolę ci napisać egzamin klasyfikacyjny" "Ale co to znaczy, że nie zrobiłaś zadania domowego? Grozi ci egzamin, a ty się lenisz? Nigdy nie mówiłam, że będziesz musiała go napisać." Ostatecznie, prawdopodobnie dlatego, że wyglądałam i czułam się jak gówno, mogłam zrobić zadanie na następny dzień, 50 zadań, siedziałam do drugiej nocy. Spojrzała tylko, czy mam zrobione, zadała kilka pytań, żadnej oceny nie wstawiła, bo średnią mam całkiem dobrą. Egzaminu pisać nie muszę, bo według nauczycielki widać, że wszystko umiem. No, chyba, że rada powie inaczej.
  • Język angielski: "Masz dwa tygodnie na zaliczenie dwóch sprawdzianów i słownictwa z trzech działów, oprócz tego pracuj systematycznie, to może cię przepuszczę" Zaliczyłam, uzbierałam średnią 2,90, dostałam na koniec 2 bo frekwencja, nie sądzę żeby miała do tego prawo, ale niech będzie. Zdałam, o ile rada nie powie inaczej.
  • Język polski: "W dwa tygodnie zalicz 5 zaległych sprawdzianów, napisz 8 rozprawek i pracuj systematycznie, to może cię przepuszczę." Na rozprawki ledwie zerknęła, przeczytała tylko 3, resztę olała, żadnej oceny za to nie dostałam, po prostu musiałam napisać. Zdałam, o ile rada się zgodzi.
  • Język niemiecki: "Pracuj systematycznie, to cię przepuszczę." "Jednak będziesz musiała pisać egzamin." " Napisz jeszcze raz kartkówkę, to nie będziesz musiała pisać egzaminu." "Nie musisz pisać tej kartkówki, ale muszę jeszcze porozmawiać z innymi nauczycielami. W poniedziałek ci powiem, co z tym egzaminem."
Tak wygląda moja sytuacja, a zrobiłam to sobie sama. Jeśli chodzi o język polski i angielski, to było to, to samo dwa tygodnie, pytałam o wiele wcześniej, ale wtedy mnie zlewali, dopiero gdy zrobiło się naprawdę późno, zasypali mnie zadaniami. Inni uczniowie się wściekają, są to ci, którym grozi niezdanie. Nie zauważyli, że zaliczyłam ze wszystkiego wszystkie zaległości, że wszyscy w tym miesiącu mieli prawo do przyjścia i zaliczenia czegoś, ci bardziej ogarnięci to robili. Ale ja według nich nie powinnam zdać, bo nic nie robię. Szczerze? Spokojnie mogłabym za nich kiblować, gdyby wzięli wszystkie moje problemy, lęki i choroby. W szkolnych dokumentach znajduje się cały stos opinii psychiatrycznych na mój temat. Moje życie i tak jest beznadziejne, nie sądzę bym dała sobie radę, nieważne czy zdam czy nie. Oficjalnie nie zaliczyłam tylko jednego przedmiotu, ewentualnie dwóch, wszystko może zostać jednak zaprzepaszczone, bo to rada ma ostatnie słowo. Właśnie ta cała niepewność mnie zabija. Nie jestem nawet w stanie napisać egzaminu z języka niemieckiego, jeśli będę musiała go pisać, na pewno nie zaliczę.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Praktycznie nic nie zjadłam, śniadanie i obiad po prostu przespałam, zgarnęłam jedynie kawałek kotleta z kurczaka. Waga znowu poszła w górę, jak ja kocham być chora... Chyba przestanę się ważyć, a potem dostanę zawału jak zobaczę ile przytyłam. Obowiązki urodowe oczywiście nie zrobione.

1 komentarz: