niedziela, 23 kwietnia 2017

Podsumowania nie Będzie

Nie ma sensu robić podsumowania, skoro choroba mnie pokonała i sporo przytyłam. Mam zamiar teraz zniknąć na tydzień, po każdej porażce mam przymus takiego resetowania, aby to wszystko oczyścić i poukładać, i zacząć od nowa z czystym kontem. Podczas tej nieobecności postaram się nadrobić to, co straciłam przez chorobę, ale przede wszystkim muszę się skupić na zaliczeniu szkoły.

Do zobaczenia za tydzień.

sobota, 22 kwietnia 2017

Zdycham

Leżę, zdycham i nie mam siły na nic. O tyle dobrze, że już mogę mówić. Ważyć się nie mam zamiaru, bo po prostu się boję.
Podsumowanie dnia poprzedniego:
Śniadanie przespałam, na obiad zjadłam miskę ryżu, oprócz tego jakieś 30 pigułek. Obowiązki urodowe nie zrobione.

piątek, 21 kwietnia 2017

Szkoła

Jestem wykończona, nie mogę mówić i przytyłam ta dużo, że o ja pierdole. Nikogo nie zainteresowało, w jakim jestem stanie, nawet musiałam sporo mówić na lekcjach, niby żaden problem, ale cholernie bolało. Jeśli ja ich nie obchodzę, to powinni chociaż zainteresować się zarazą, którą przyniosłam do szkoły na 2 tygodnie przed maturą, zdecydowanie nie powinno mnie być na lekcjach, ale byłam.

To nie tak, że nauczyciele mi utrudniają, wręcz przeciwnie, niektóre nauczycielki chyba odczuwają przymus zaopiekowania się kimś, kto wygląda jak kupa nieszczęść. Moja frekwencja wyniosła mnie już 50% ze wszystkiego, nie wszystkie obecności miałam usprawiedliwione. Tak naprawdę nie muszą nawet wyrażać zgody na egzamin klasyfikacyjny. Tymczasem dostałam szansę ze wszystkiego. Uczniowie mają pretensje, że zostałam potraktowana ulgowo, nie zauważają, że pozaliczałam wszystkie zaległości i nie tylko, oni mieli takie same prawa, nauczyciele poszli by im na rękę, ale nie chciało im się pracować. Nikt nie widzi też, że zadania które dostałam do wykonania, przekraczają możliwości normalnego ucznia, ale nauczyciele po prostu wiedzą, że dam radę. Jestem tym wykończona psychicznie, wciąż pracuję, już większość roboty za mną, ale najgorsza jest ta niepewność, która towarzyszy mi stale.

  • Historia: "Tu się nie da nic zrobić, jeśli rada wyrazi zgodę, napiszesz egzamin, dam ci łatwe pytania" Jedyna nauczycielka, która postawiła sprawę jasno na początku.
  • Matematyka: "Pracuj systematycznie, to może pozwolę ci napisać egzamin klasyfikacyjny" "Ale co to znaczy, że nie zrobiłaś zadania domowego? Grozi ci egzamin, a ty się lenisz? Nigdy nie mówiłam, że będziesz musiała go napisać." Ostatecznie, prawdopodobnie dlatego, że wyglądałam i czułam się jak gówno, mogłam zrobić zadanie na następny dzień, 50 zadań, siedziałam do drugiej nocy. Spojrzała tylko, czy mam zrobione, zadała kilka pytań, żadnej oceny nie wstawiła, bo średnią mam całkiem dobrą. Egzaminu pisać nie muszę, bo według nauczycielki widać, że wszystko umiem. No, chyba, że rada powie inaczej.
  • Język angielski: "Masz dwa tygodnie na zaliczenie dwóch sprawdzianów i słownictwa z trzech działów, oprócz tego pracuj systematycznie, to może cię przepuszczę" Zaliczyłam, uzbierałam średnią 2,90, dostałam na koniec 2 bo frekwencja, nie sądzę żeby miała do tego prawo, ale niech będzie. Zdałam, o ile rada nie powie inaczej.
  • Język polski: "W dwa tygodnie zalicz 5 zaległych sprawdzianów, napisz 8 rozprawek i pracuj systematycznie, to może cię przepuszczę." Na rozprawki ledwie zerknęła, przeczytała tylko 3, resztę olała, żadnej oceny za to nie dostałam, po prostu musiałam napisać. Zdałam, o ile rada się zgodzi.
  • Język niemiecki: "Pracuj systematycznie, to cię przepuszczę." "Jednak będziesz musiała pisać egzamin." " Napisz jeszcze raz kartkówkę, to nie będziesz musiała pisać egzaminu." "Nie musisz pisać tej kartkówki, ale muszę jeszcze porozmawiać z innymi nauczycielami. W poniedziałek ci powiem, co z tym egzaminem."
Tak wygląda moja sytuacja, a zrobiłam to sobie sama. Jeśli chodzi o język polski i angielski, to było to, to samo dwa tygodnie, pytałam o wiele wcześniej, ale wtedy mnie zlewali, dopiero gdy zrobiło się naprawdę późno, zasypali mnie zadaniami. Inni uczniowie się wściekają, są to ci, którym grozi niezdanie. Nie zauważyli, że zaliczyłam ze wszystkiego wszystkie zaległości, że wszyscy w tym miesiącu mieli prawo do przyjścia i zaliczenia czegoś, ci bardziej ogarnięci to robili. Ale ja według nich nie powinnam zdać, bo nic nie robię. Szczerze? Spokojnie mogłabym za nich kiblować, gdyby wzięli wszystkie moje problemy, lęki i choroby. W szkolnych dokumentach znajduje się cały stos opinii psychiatrycznych na mój temat. Moje życie i tak jest beznadziejne, nie sądzę bym dała sobie radę, nieważne czy zdam czy nie. Oficjalnie nie zaliczyłam tylko jednego przedmiotu, ewentualnie dwóch, wszystko może zostać jednak zaprzepaszczone, bo to rada ma ostatnie słowo. Właśnie ta cała niepewność mnie zabija. Nie jestem nawet w stanie napisać egzaminu z języka niemieckiego, jeśli będę musiała go pisać, na pewno nie zaliczę.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Praktycznie nic nie zjadłam, śniadanie i obiad po prostu przespałam, zgarnęłam jedynie kawałek kotleta z kurczaka. Waga znowu poszła w górę, jak ja kocham być chora... Chyba przestanę się ważyć, a potem dostanę zawału jak zobaczę ile przytyłam. Obowiązki urodowe oczywiście nie zrobione.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Takie Tam

Życie mnie po prostu nienawidzi. Jestem chora, jak cholera. A gdy jestem chora waga idzie w górę bez względu na to, co jem, już wzrosło dwa kilo, a pewnie wzrośnie więcej. Cały wysiłek na nic, a gdyby nie choroba to przecież było by dobrze. Życie mnie po prostu nienawidzi, zawsze niszczy to, co zaplanuję. Ostatni raz byłam chora we ferie w zeszłym roku, wtedy też miałam się odchudzać, a wyszło na to, że przybrałam 4 kilo. Do tego na jutro muszę zrobić dodatkowe zadania z matematyki, inaczej nie zdam, tylko jak ja mam to zrobić, skoro ledwo kontaktuję? Nie mogę się nawet zwolnić chodź z części lekcji, bo nie zdam. Dziś byłam praktycznie nieprzytomna. Od ponad miesiąca chodzę codziennie, to wykańcza mnie psychicznie, mam dość od dawna, ale płaczę i  dalej zakuwam wszystko na zaliczenie. We wtorek rada pedagogiczna, a ja się rozchorowałam akurat teraz, a matematyka, to nie jedyna rzecz. Jeszcze angielski, a potem zaliczenie semestru z historii i niemieckiego. Od miesiąca jestem pewna, że nie dam rady, ale nauczyciele i rodzice zmuszają mnie, zabraniają mi się poddać, a ja co noc płaczę, nie mogę spać, i wciąż mam wrażenie, że robią to dla rozrywki, bo i tak nie zdam. Do tego znowu cały wysiłek poszedł na marne. Wychodziłam z głodówki całkiem dobrze, przytyłam tylko pół kilo, ale to normalne, a teraz co? Dwa kilo w górę, tylko dlatego, że jestem chora. Nie rozumiem mojego organizmu, a świat mnie nienawidzi.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie kanapka z szynką, na obiad owoce morza. Obowiązki urodowe nie zrobione, nie mam siły się ruszyć.

środa, 19 kwietnia 2017

O co Chodzi z Tym Zimnym Prysznicem.

Zjadłam wczoraj kawałek mazurka,  po prostu nie dałam rady się opanować, mam nadzieję, że nie przytyję za dużo. Dzisiaj musiałam połazić po mieście i umieram. Według moich obliczeń zrobiłam jakieś 7 kilometrów,  jednak nie jestem zbyt zmęczona, moje stopy są za to kompletnie zmasakrowane, odcisk na odcisku normalnie. Zawsze tak jest, to nie wina ani butów ani drogi. Wychodzi na to, że chyba po prostu jestem za ciężka. 

W moich obowiązkach urodowych znajduje się codzienny zimny prysznic. Zapewne parę osób zastanawia o co z tym chodzi, postanowiłam więc to wyjaśnić. Lodowata woda ma szereg właściwości dobrych dla naszego ciała i nie tylko.
  • Zacznę od najważniejszej dla mnie rzeczy, tłuszcz nie lubi zimnej wody. Lodowate bicze wodne są świetne na tkankę tłuszczową, ponieważ "rozrywają" ją, dzięki czemu łatwiej się jej pozbyć, podobno też wpływa na zwiększenie przemiany materii, ale tu już zdania są podzielone. Ja robię to tak, że ustawiam tryb o najmocniejszym ciśnieniu wody, po czym polewam brzuch, biodra i uda, dopóki nie przestanę czuć dyskomfortu związanego z zimnem.
  • Zimna woda ujędrnia skórę i przeciwdziała cellulitowi. Podobno lepsze są bicze naprzemiennie zimną i gorącą wodą, bo lepiej ćwiczą skórę. Ja nigdy tego nie próbowałam, bo mój prysznic za wolno zmienia temperaturę. Lodowata woda przede wszystkim poprawia krążenie i zapobiega wiotczeniu. Badania pokazują, że spowalnia też starzenie. Gorąca woda za to osłabia naczynia krwionośne oraz zmniejsza elastyczność skóry. Mój sposób jest bardzo prosty, ja się po prostu w takiej wodzie kąpie. Na początek polewam się lodowatym strumieniem z prysznica, potem moczę gąbkę w równie lodowatej wodzie i się myje, a na koniec dokładnie się opłukuję. Wcześniej próbowałam też lodowatych kąpieli, ale czułam, że jestem na granicy hipotermii i odmrożeń, więc wybrałam prysznic. Aby ujędrnić skórę można również masować się kostkami lodu, lub wsadzać do zimnej wody poszczególne części ciała. A może by tak zapisać się do klubu morsów?
  • Zimna woda jest tańsza, nie ma co się nad tym rozwodzić, gdy wyznajemy zimne kąpiele w jakiś sposób oszczędzamy pieniądze i chyba nawet zmniejszamy zanieczyszczenia.
  • Lodowata woda jest też bardziej naturalna. Lubię poszukiwać naturalnych sposobów na różne rzeczy, więc jeszcze nie raz będę takie rzeczy pisać. Ciepłe kąpiele to dość nowy wynalazek, wcześniej albo w ogóle się nie kąpano, albo robiono to w lodowatym strumieniu, więc może być tak, że do zimnych kąpieli jesteśmy bardziej przystosowani niż do ciepłych i to one są dla nas lepsze, ale to tylko moja głupia teoria, spokojnie możecie to zignorować.
  • Zimna woda wpływa na ukrwienie skóry głowy, co jest dobre dla naszych włosów, oraz w jakiś sposób reguluję produkcję gruczołów łojowych. Oprócz tego domyka łuski włosa, a im bardziej domknięte łuski, tym gładsze i bardziej posłuszne włosy. Jeśli chodzi o skórę głowy, to nie polecam kompletnie lodowatej wody, tylko letnią, bo można nabawić się bólu głowy a nawet się przeziębić. Przy samych włosach możemy iść na całość, przecież i tak tego nie poczujemy.
Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie kanapka z szynką. Na obiad zupa krem z pomidorów. Wieczorem niestety zjadłam kawałek mazurka. Obowiązki urodowe wykonane. 

wtorek, 18 kwietnia 2017

A Dzieci w Afryce Głodują

Do zakazanych produktów dołączył grillowany kurczak z biedronki, którego wczoraj zjadłam.  Miło by było ogarnąć jak to działa. Nawet to, że nie mogę glutenu jest skrótem myślowym. Makaron, bułki białe pieczywo, a z niezdrowych rzeczy: pizza, zapiekanki, donuty, powodują o wiele większe tycie niż inne produkty. Panierka i razowe pieczywo za to wpływają na mnie normalne, więc nic nie rozumiem. Dodatkowo takie same złe właściwości mają kabanosy i ten nieszczęsny kurczak.  Nie ogarniam...

Trochę się doigrałam, bo po tygodniowej przerwie w drożdżach, znowu musze przeczekać fale pryszczy, ale mówi się trudno, teraz i tak nie zależy mi na gładkiej twarzy. A jeśli chodzi o sukienkę galową, to już wchodzę w nią bez problemu, ale chamsko podkreśla mi brzuch,  więc przydałoby się schudnąć jeszcze jakieś 5 kilo przed maturą, o ile mnie do niej dopuszczą oczywiście. 

Nie wiem jak inni, ale ja mam problem ze zbyt dużą ilością jedzenia. Gdy przygotuje sobie za dużo, nie mam pojęcia co z tym zrobić. Z tego powodu zjadam wszystko, nawet jak czuję, że jestem już pełna. Po prostu nie chcę nic zmarnować, bo marnowanie jedzenia jest przecież złe, bo przecież dzieci w Afryce głodują.

Ale czy dzieciom w Afryce pomoże to, że się przejem? Nie! Dzieci w Afryce tak naprawdę nie obchodzi co się stanie z jedzeniem, którego w życiu na oczy nie zobaczą. Resztki z posiłku można odłożyć do lodówki, zamrozić albo dać komuś innemu do jedzenia, ale jeśli te opcje z jakiegoś powodu odpadają, nie bójmy się tego jedzenia wyrzucić. Nie jedzmy tylko dlatego, że coś ma się zmarnować. Tak samo, jeśli w domu zalega coś, co może nas skusić, a nie ma nikogo, kto chciałby to zjeść, po prostu to wyrzućmy, po co mamy narażać naszą dietę? Wiele osób, gdy zje zbyt dużo, ma wyrzuty sumienia, biorą nawet środki na przeczyszczenie lub wymiotuje.  Dlaczego więc tego jedzenia nie wywalić. Nasza psychika jest przecież ważniejsza.  

To podejście jest cholernie nieekologiczne, dlatego należy odpowiednio planować posiłki, ale jeśli coś nam zostanie, nie miejmy skrupułów by to wyrzucić. Starajmy się nie marnować jedzenia przez przygotowanie mniejszych porcji, ale jeśli zdarzy się nam wpadka, nie jedzmy na siłę, nieważne jak smaczne by było. Oddajmy komuś, zostawmy na później, lub po prostu wyrzućmy.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie kilka plasterków wędlin, na obiad grillowany kurczak z sosem pad thai, którym się niestety przejadłam, w między czasie jedna mandarynka. Wszystkie obowiązki urodowe wykonane.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Małe Sprostowanie

Wielkanocnej gehenny ciąg dalszy. Dziś pojechaliśmy do dziadków, a to oznacza jeszcze więcej żarcia. Na szczęście nie był to obiad, a jedynie stół uginający się od różnych przekąsek, z tego o wiele łatwiej było się wywinąć. Wzięłam jedną mandarynkę, chodź nie powinnam, bo owoce mają dużo cukru, a cukier sprawia, że chce się jeść, a potem zwiałam, udając że nie widzę świata poza psami dziadków. Jakoś udało się to przetrwać, niestety do domu wróciliśmy z dodatkowym ciastem i ogromną torbą różnych słodyczy, nawet bałam się sprawdzać co tam jest.

Jeden z ostatnich moich wpisów wywołał trochę kontrowersji. Wiem, że jestem nieprzystosowana społecznie, chamska i mam cięty język. Gdybym nie miała, nie dałabym rady przetrwać, musiałam się jakoś bronić przed słowną przemocą. Postanowiłam teraz wyjaśnić, co tak naprawdę miałam na myśli, nie pierwszy raz to robię. przyzwyczaiłam się, że nie nadążam za społeczeństwem, a ono za mną, z każdej takiej sytuacji wyciągam nauki i staram się ją jakoś naprostować, więc tym razem też tak zrobię.

Zacznijmy od tego, że tandeciary, lub ofiary mody zawsze mnie bawiły, bawią, i będą bawić dalej, bez względu na sylwetkę. Teraz są modne spodnie z dziurami, niektóre modele nawet mi się podobają i sama chciałabym je nosić, jednak w mojej szkole przyjęło to specyficzną formę. To co nosi większość dziewczyn, wygląda jak jeansy mamuśki wyprodukowane 40 lat temu, dodatkowo dzięki tym specyficznym rozdarciom i sptrzępieniom, wyglądają jakby przez ten czas chodził w nich jakiś bezdomny. Spodnie wiszą tam gdzie nie trzeba, dzięki czemu nogi wydają się niezgrabne, a tyłek rozlazły. Ale co zrobić skoro taka moda? W klasie mam również dziewczynę, która jest modelką, więc figurę ma idealną i mogłaby nosić absolutnie wszytko. Całe wakacje jeździła po sesjach i pokazach po całej Europie, gdy wróciła do szkoły zaczęła się ubierać jak wieśniara, jakby na siłę starała się być modna, jakby zachłysnęła się tym światowym życiem, a ja nie mogłam tego zrozumieć. Dopiero po dwóch miesiącach się ogarnęła, teraz ubiera się jednocześnie modnie, ładnie i oryginalnie, i moim zdaniem bardzo jej to pasuje. Wszystkie sytuacje tego typu po prostu mnie bawią, ale nigdy nie powiedziałam tego nikomu w twarz, o takich rzeczach rozmawiam jedynie z najlepszą przyjaciółką i mamą.

Ogólnie każdy może ubierać się jak chce, i każdemu się to może nie podobać. Nie można zabronić komuś wyrażania własnej opinii, dopóki w ten sposób nikogo nie krzywdzi. Warto również pamiętać, że przydałoby się ubierać chociaż tak, aby nie uwydatniać swoich wad, ale jeśli komuś na tym nie zależy, to ok, ale od "autorytetu modowego" tego się właśnie wymaga, bo to właśnie w nich inne dziewczyny szukają inspiracji do dobrego wyglądu. Inną sprawą jest też to, że ludzie po prostu nie chcą oglądać pewnych rzeczy. Moje uda są w tragicznym stanie, nie tylko dlatego że grube, ale też rozlazłe i pokryte rozstępami, nie wyobrażam sobie wyjścia na ulicę w szortach, nie mówiąc już o pokazywaniu gołego brzucha pełnego fałd, tego po prostu nikt nie chce widzieć, takie rzeczy przejdą tylko na plaży, bo to zupełnie inna sytuacja.

Wcześniej pisałam, że nienawidzę otyłych ludzi, nie wszystkich oczywiście, tylko dwa typu: osoby, które postanowiły pozostać grube, walcząc przy tym o dodatkowe ulgi dla grubasów i namawiając do takiej samej akceptacji swojej otyłości, oraz osoby, które nie chcą być grube ale nic nie mają zamiaru z tym zrobić, po prostu obżerają się dalej i wyzywają osoby, które są szczupłe.

Jak mało wiem, jak szykanowanie boli, doświadczyłam przecież tego na własnej skórze. Nie raz wdawałam się w gównoburze, broniąc ludzi, którzy byli wyśmiewani tylko z powodu wagi, Ogólnie nie pozwalam, by gnojono kogokolwiek tylko z powodu wyglądu, pochodzenia itp. Dopóki nie znam człowieka, jest dla mnie tak samo wartościowy jak wszyscy ludzie. Każdy człowiek zasługuje na takie samo traktowanie. Wymienione przeze mnie przypadki są nienawidzone nie przez wygląd, a właśnie przez charakter, bo ich zachowanie to jest coś, co mało komu odpowiada, mało tego, wydaje mi się, że to właśnie one po części przyczyniły się do tego, jak są traktowani WSZYSCY grubi ludzie, społeczeństwo lubi przecież wrzucać wszystkich do jednego wora.

Szafiarki plus size należą do tego pierwszego typu, a raczej to Debz należy. Tak naprawdę to przejrzałam ponad 30 takich blogów, dotyczyły one głównie wyglądu, czasem pojawiła się jakąś pierdołę typu "kochaj siebie", ale to nic nie znaczy. Takie osoby które zaakceptowały swoją otyłość, trochę mnie rażą, bo przecież to kalectwo na własne życzenie, ale mogę je zaakceptować, ich zdrowie ich wybór, skoro czują, że w ten sposób będą szczęśliwsze, to proszę bardzo, byleby nie namawiały innych do tego samego.

Namawianie ludzi do akceptacji swojej otyłości jest złe, nie licząc oczywiście przypadków, gdy ktoś jest chory i rzeczywiście nie ma wyboru. Do takich osób powinno się mieć inne podejście niż poprawność nam każe. Nie "nic w tym złego, że jesteś gruby", tylko " Nic w tym złego, że miałeś okres słabości i się roztyłeś, zawsze przecież możesz to zrzucić". Dla mnie sprawa jest prosta, jeśli czegoś nie lubię, a mogę to zmienić, to staram się to zrobić. Do tej pory mi nie wyszło, miałam nawet kilkumiesięczne przerwy, ale cały czas albo staram się zmienić, albo przygotowuję się do tego. Pomijając już wygląd, otyłość to kalectwo, choroba taka sama jak alkoholizm. Wiążą się też z nią różne choroby, przede wszystkim utrudnia życie. Mogłabym napisać o tym więcej, ale nie chce powielać moich notek.

To co wtedy napisałam mogło się wydać trochę chamskie, ale dlaczego nie mogę napisać: "Wygląd tych kobiet mi się nie podoba, ja nie chcę tak wyglądać, więc to motywuje mnie do pracy nad sobą"?Tak naprawdę denerwuję mnie ta poprawność, wszyscy ludzie są wobec siebie równi, bez względu na wygląd, płeć, pochodzenie czy orientację, nikt nie powinien mieć specjalnych praw. Dlaczego mogę powiedzieć: "nie podobają mi się blondynki, bo lubię czarne włosy", ale "nie podobają mi się murzynki, bo lubię porcelanową cerę" zostanie odebrane źle? Mam prawo powiedzieć, że nie podobają mi się otyli ludzie, bo przy tym nikogo nie obrażam, a wygląd nie definiuje tego, jakim ktoś jest człowiekiem.

Mój post nie miał na celu nikogo obrazić, nie spodobało mi się to, jak Debz pokazuje innym, że nie muszą chudnąć, bo "to społeczeństwo jest złe", oraz Cynhia, która swoje złe nawyki przeniosła na swoje dziecko, dlatego uderzyłam w chamską nutę. Chcę być szczupła, ładna, oraz nosić fajne ubrania, a patrzenie na grubych ludzi, którzy są WEDŁUG MNIE brzydcy, oraz na to, jak WEDŁUG MNIE źle wyglądają w fajnych ubraniach, lub jak w ogóle nie są w stanie fajnie się ubrać, stanowi dla mnie ogromną motywację do pracy nad sobą. Patrzenie na kogoś, kto ci się nie podoba, ze świadomością, że jeśli o siebie nie zadbasz możesz skończyć podobnie, daje ogromnego kopa. Taką samą motywację mogą odnaleźć też inni. Tym właśnie był ten post, przedstawieniem mojego sposobu oraz inspiracją dla innych z problemem podobnym do mojego.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Podsumowanie Tygodnia

Było ciężko, nawet bardzo ciężko. Siadłam z rodziną do stołu, skubnęłam ociupinkę chlebka, babki i jajka, a potem zajęłam się wędliną. Oczywiście przesadziłam, ale polędwica, szynka i pierś z kurczaka nie mają dużo kalorii, więc mam nadzieję, że będzie dobrze. Poczułam się pełna, a mimo to, zjadłam jeszcze z 5 plastrów, bo nie mogłam się powstrzymać, dobrze że przed posiłkiem wypiłam błonnik, który trochę wypełnił mój żołądek, bo byłoby jeszcze gorzej. Gdy spytałam rodziców, czy mogę już iść, bo się najadłam, stwierdzili, że powinnam zjeść coś jeszcze, bo przecież są święta i można sobie pozwolić na więcej... No ja pierdole, puścili mnie dopiero, gdy powiedziałam, że już więcej nie zmieszczę. O tyle dobrze, że jakoś tak wyszło, że śniadanie mieliśmy o 11.30 więc nie jadłam obiadu, ale żeby nie było za łatwo, gdy tylko wyłaniałam się ze swojego pokoju, mama proponowała mi ciasto albo kiełbaskę. Zostało jeszcze sporo żarcia, więc jutro zapowiada się podobna sytuacja, bo taka upa jedzenia nie może się przecież zmarnować. Jak ja to przetrwam?

Ten tydzień był dla mnie męczący, ale na szczęście nie z powodu diety. Z tym radziłam sobie świetnie. W tym tygodniu prowadziłam głodówkę, dopiero w sobotę zjadłam jeden posiłek. Poleciało sporo kilogramów, jednak albo miałam wzdęcie podczas pomiarów (co jest mało prawdopodobne), albo nie umiem tych pomiarów robić, albo nie wiem z czego schudłam, bo ani pomiary ani zdjęcia nie wskazują na żadną znaczącą różnicę. uprzedzając pytania, cycki są mniej więcej takie jak były, i nie były na tyle duże, by skrywać w sobie te zaginione 5 kilo, albo nawet 7, zależy jak na to spojrzeć. Możliwe że ubyło mi z masy mięśniowej, ale to też dobrze. Każdy kilogram w dół, to kilogram w dół, i przynajmniej mogę zamienić tłuszcz na nowe mięśnie.

Gorzej było z obowiązkami urodowymi, w pierwsze trzy dni nie miałam ani czasu, ani siły, ani ochoty na dbanie o siebie, gdy jednak zaczęła się przerwa świąteczna, znowu wzięłam się za siebie. Dopóki nie jadłam, musiałam zrezygnować również z drożdży i suplementów diety, więc razem z poprzednim tygodniem mam 7 dni w plecy, ale po poprzedniej porażce musiałam jakoś to wszystko nadrobić. Jeśli chodzi o beauty weekend, to nie zrobiłam jedynie drożdżowej maski, za późno ogarnęłam, że moje zapasy się kurczą, została mi tylko jedna kostka, a dopiero we wtorek będę mogła iść do sklepu. Wolę te drożdże wypić niż położyć na twarz i włosy, efekt będzie lepszy.

Ten tydzień był bardzo udany, boję się jednak o przyszły tydzień. Wydaje mi się, że będę chora, a wtedy mój organizm wchodzi tak jakby w hibernację i nie chce chudnąć żadnym sposobem, do tego mam mnóstwo roboty w szkole, przede wszystkim nauka, nie wiem jak miałabym sobie poradzić, gdybym jednak była chora.

Waga: 101,6 kg
BMI: 33,31
Etap: 3
Pod biustem: 95 cm
Talia: 103 cm
Biodra: 118 cm
Udo: 60 cm

sobota, 15 kwietnia 2017

Szafiarki Pluz Size

Chyba zwariuję przez te święta. Chciałam wyjąć z lodówki drożdże i kurczaka na obiad, a zastałam jeszcze więcej jedzenia niż wczoraj. Półki uginają się od parówek, kiełbas, wędlin, jest nawet w 100% wiejska szynka i boczek. Mówiłam już, że jestem strasznym mięsożercą? Część jedzenia wylądowała na balkonie, bo w lodówce się nie mieści, a dwa ciasta i kilka pudełek sałatki wciąż się tworzą. Dodatkowo ciocia przyniosła nam całą torbę czekoladowych lizaków i ciastek, a mama kupiła gorącą czekoladę. Nigdy nie piłam gorącej czekolady... Od tłustego czwartku nie tknęłam słodyczy, ale też tych słodyczy nigdy nie było w domu w takich ilościach. Zazwyczaj była jakaś czekolada, czasem pojawiła się bombonierka albo ptasie mleczko. A teraz? Mięso i nadziewane czekoladki w ilościach hurtowych, moje największe słabości. Mówiłam już, że chyba mam cukrzycę? Chyba przez ten okres zrezygnuję z chleba i w ramach śniadań będę się oddawała mięsnej rozkoszy. Jedna kromka chleba ma 100 kcal, więc będę mogła zjeść 2-3 razy więcej mięsa, a przy okazji jeszcze bardziej ograniczę gluten. Mam nadzieję, że szynka nie spowoduje takiej samej reakcji jak kabanosy...

Przygotowanie tego postu wymagało trochę pracy, ale skoro nie mam ani siły, ani ochoty się uczyć, stwierdziłam, że mogę to zrobić teraz. Zaczęło się od tego, że przy szukaniu jakiś pierdół znalazłam zdjęcie, które mnie zniesmaczyło, tak weszłam w świat szafiarek plus size. Od tamtej pory wyszukałam sobie więcej blogów, regularnie je przeglądam, najczęściej przy posiłku, w ten sposób się motywuję. Mówię sobie: "weź się za siebie, inaczej będziesz tak wyglądać". Wybieram tylko te blogerki, które mają chorobliwie otyłe. Wszystkie te kobiety są dla mnie po prostu żałosne, bo w żadnym stopniu nie potrafią być szafiarkami, dodatkowo propagują otyłość, jakby była czymś fajnym. Ich ciała wyglądają okropnie, nie próbują nawet zadbać o rozstępy i odpowiednie napięcie skóry, one po prostu chcą sobie być grube. Niektóre sobie jakoś radzą, inne traktują otyłość, jak feminazistki prawa kobiet. Nigdy nie napisałam na blogach tego typu żadnego komentarza, z nikim również nie podzieliłam się moimi przemyśleniami, nie chciałam nikogo urazić, bo przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. Tutaj jednak mogę to napisać, ludzie, którzy to przeczytają, nienawidzą nadwagi tak samo jak ja, oni zrozumieją i nie poczują się urażeni. Mogą też w ten sposób odnaleźć motywację.

Blogi które czytam należą do Brytyjek (w większości) i Amerykanek, próbowałam coś znaleźć wśród polskich blogów, jednak żaden przypadek nie był na tyle żałosny, by mnie zainteresował. Przeglądając ich wpisy zauważyłam kilka rzeczy, które jeszcze bardziej mnie motywują. Przede wszystkim niemal zawsze stoją przodem. Dopiero z boku widać ten ogrom tłuszczu, którego nic nie ukryje. Zauważyłam to już dawno, na swoim przykładzie. Jeśli stanęłam prosto i odpowiednio ułożyłam ręce, a do tego miałam dobrze dobrane ubranie, na zdjęciu potrafiłam wyjść, jakbym miała "tylko" lekką nadwagę, nie należy więc wierzyć zdjęciom. Kolejnym spostrzeżeniem jest to, że sporo ubrań powtarzało się na kilku blogach, bez względu na to, jakiej narodowości była blogerka. Najwyraźniej chorobliwie otyli ludzie nie mają zbyt dużo opcji. Dodatkowo sporo tych ubrań, a zwłaszcza sukienek, jest uszyte z wzorzystych materiałów, które często wyglądają, jakby ktoś puścił na nie pawia. Co chcą w ten sposób osiągnąć? Podkreślić swoją oryginalność? Jak dla mnie wygląda to tak, jakby producentom szkoda było takich płacht materiału na ubrania w rozmiarze 8XL, i używali takich, których wzory są badziewne i nikt inny nie będzie ich chciał. Nie wiem jak innych, ale mnie wkurza, gdy ktoś chce być modny na siłę. Na koniec chciałabym pokazać zestawienie najgorszych/najbardziej żałosnych przypadków.

Lolly

http://lollylikesfatshion.blogspot.co.uk/
Lolly dobrze dobiera ubrania, biorąc pod uwagę jej wagę, zazwyczaj ukrywa fałdy i nie odkrywa tego, czego nikt nie chce widzieć. Ma jednak taki problem, że na siłę stara się być fajna, modna i oryginalna. Z powodu chorobliwej otyłości ma niewiele możliwości jeśli chodzi o ubrania, przez co jej stylizacje wyglądają sztucznie i tandetnie, a dziwne dodatki i okulary sprawiają, że wygląda jak ekscentryczna ciotka, która jest starą panną a jej jedyną miłością są koty. Chyba każdy rozumie, co mam na myśli.

Debz

http://www.wannabeprincess.co.uk/
Ta kobieta jest najgorsza ze wszystkich blogerek tego typu, i nie chodzi mi tu tylko o wygląd. Nosi ubrania w rozmiarach 32-36 według brytyjskiej rozmiarówki, zdecydowanie powinna nosić 36, lub więcej, ale zauważyłam, że większość sklepów dla naprawdę otyłych kobiet ma asortyment tylko do rozmiaru 32. Dla porównania napiszę, że największym rozmiarem, jaki ja kupiłam było 20, a jestem wysoka, miałam 40 kilo nadwagi i na ogół wchodziłam w 18, czasem nawet w 16.
Debz zdecydowanie nie nadaje się na szafiarkę, a mimo to jest najpopularniejsza i stanowi ogromną inspirację dla innych otyłych Brytyjek, dostała nawet za to jakoś nagrodę. Wydaje mi się, że to dzięki niej tak popularne stały się ubrania w te beznadziejne wzorki. Nie rozumiem, jak ktokolwiek może chcieć brać z niej przykład. Przeglądając jej bloga, odniosłam wrażenie, że ubrania, które wybiera do prezentacji, są po prostu pierwszymi lepszymi, w które się zmieściła, kompletnie żadnej inspiracji modowej, mnóstwo ubrań miało identyczny krój i różniło się jedynie detalami oraz wzorem. Bardzo często wrzuca też screeny ubrań ze sklepów online. Na modelkach, których rozmiar nie przekracza 2xl, wyglądają dobrze, ona wygląda, jakby założyła worek, który opina brzuch. Najczęściej jednak nie kupuje swoich propozycji, bo te naprawdę fajne propozycje nie są dostępne w rozmiarach dla aż tak chorobliwie otyłych.
W ogóle nie rozumiem tej kobiety. Jej cycki są tak obwisłe, że uciekają jej pod pachy, powinna założyć porządny stanik i wszystko byłoby w porządku. Tymczasem ona nie nosi żadnego stanika, a jeśli już, to taki badziewny, materiałowy, który nie utrzymałby na miejscu nawet miseczki C. I o co chodzi z tym paskiem? Ubrania dla grubasów są workowate, bo w ten sposób ukrywają fałdy a Debz do większości stylizacji zapada pasek w talii, który zresztą w większości chowa się pod obwisłymi cyckami. Ktoś mi wytłumaczy, jak ktoś robiący takie rzeczy może być modowym autorytetem?


Na powyższych zdjęciach znajduje się ona i jej siostra, pozują w tym samym modelu sukienki, i sądząc po stopniu naciągnięcia, chyba mają ten sam pasek. Na blogu znalazłam również zdjęcie jej matki, która miała LEKKĄ nadwagę, ale jej z racji wieku chyba wolno, oraz zdjęcie Debz z dzieciństwa, na którym była zupełnie szczupła. Geny w żadnym stopniu nie przyczyniły się do jej wyglądu, ona po prostu uwielbia żreć, zresztą nawet się z tym nie kryje. Często wrzuca na bloga jakieś motywujące teksty, nawołujące do zaakceptowania swojej otyłości: "To nie twoje ciało jest złe, to społeczeństwo jest!!!", "Po co katujesz się dietą i ćwiczeniami, skoro tego nie lubisz?", "Wygląd nie jest najważniejszy", "To, że według społeczeństwa nie mogę tego nosić, nie znaczy, że nie będę". Bierze też aktywny udział chyba we wszystkich wydarzeniach wręcz propagujących otyłość. Zawsze twierdzi, że każde ciało jest piękne, że trzeba akceptować siebie, że społeczeństwo jest głupie. Ani razu nie wspomniała o konsekwencjach zdrowotnych. Przecież ona ma fałdy nawet na łydkach, a jej brzuch sięga prawie do kolan, jak ona może twierdzić, że z jej ciałem jest wszystko w porządku, i że to społeczeństwo się myli? Ta kobieta wkurza mnie swoim ubiorem, poglądami, stylem życia i ogólnie chyba całą sobą. Dodatkową motywacją jest dla mnie to, że z twarzy jest bardzo podobna do mnie, więc widzę, jakbym wyglądała, gdybym przytyła do rozmiaru 13XL, to daje dodatkowego kopa przy odchudzaniu.

Cynthia

http://flightofthefatgirl.com/
Ta kobieta to bardzo ciekawy przypadek, przypadkiem dotarłam do artykułu, z którego dowiedziałam się, że jako nastolatka chorowała na anoreksję. Tak jak ja nie chciała nosić modnych ubrań, bo nie pasowały do jej wagi. Nie wiem co się zmieniło, ale gdy dorosła, stwierdziła, że może być sobie gruba i nie powstrzyma jej to przed noszeniem modnych ubrań, bez względu na to, czy pasują otyłym kobietom, czy nie. O tyle dobrze, że nie angażuje się w żadną walkę i nie tworzy ideologi. Jej przesłanie jest proste: "Będę nosiła co zechcę, i też wy możecie". Bardzo fajna postawa, co nie zmienia faktu, że patrzenie na takie "dziwowisko" bardzo motywuje do pracy nad sobą, w końcu nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby wyglądać tak jak ona, zwłaszcza jeśli uwielbia modne ubrania. Minusem jest to, że blog został źle zaprojektowany, a zdjęcia mają tak duży rozmiar, że internet się buntuje, jeśli ktoś chce przeglądać jej stylizacje, musi trochę pokombinować.
Cynthia ma również 13 letnią córkę, po której widać, że idzie w ślady mamusi. Dziewczynka zdecydowanie ma nadwagę, do tego interesuje się modą, już się maluje, a jej włosy są zniszczone z powodu farbowania. Skoro już teraz jest gruba, to co z nią będzie, gdy zacznie dojrzewać? Ja rozumiem, że można chcieć sobie być grubym, bo jest się zbyt leniwym na ćwiczenia i kocha się jeść, ale dlaczego dziecko ma przejmować złe nawyki po rodzicach? Nikt mi nie wmówi, że otyłość jest fajna i zdrowa.

Amanda

http://www.fashionloveandmartinis.com/
Amandę chyba jako jedyną można nazwać szafiarką, bo naprawdę daje radę. Jedynym do czego mogę się przyczepić, jest to, że często nosi leginsy zamiast spodni, a jej bluzki są na ogół za krótkie. Moim zdaniem koszulki powinny zakrywać przynajmniej obwisły brzuch, który niektórym sięga do kolan. Wtedy przydałoby się nosić tuniki, albo przynajmniej spódnicę. Niemniej jednak Amanda świetnie sobie radzi pomimo swojej wagi. Mieszka w USA, więc dostęp do ogromnych ciuchów ma naprawdę spory. Jej stylizacje są różnorodne i zazwyczaj zakrywają to co powinny. Dodatkowo ma świetną fryzurę i całkiem nieźle sobie radzi z makijażem.
Dlaczego więc ją wybrałam? Bo jest bardzo gruba i wrzuca mnóstwo swoich zdjęć. Dodatkowo często kręci filmiki ze swoich zakupowych wypadów, więc jej blog zawiera mnóstwo łatwo dostępnych materiałów, które mogą nam dbać ogromną motywację do dbania o siebie.
Podsumowanie dnia poprzedniego:
Nic nie zjadłam, urodowe obowiązki wykonałam wszystkie. Z powodu głodówki zaczęłam czuć się źle, ale to był Wielki Piątek, tego dnia nie mogłam zrezygnować. To był ostatni dzień, więc jest ok.

piątek, 14 kwietnia 2017

Głodówka

Dziś byłam z rodziną na zakupach. Kupiłam sobie mnóstwo dań z kurczaka (straszny ze mnie mięsożerca), owoce morza, coś na kanapki i kilka sosów. Patrzyłam na kalorie, wydaje mi się, że wybrałam dobrze. Wszystkie kurczaki mają około 100 kcal, tylko jeden ma 180, owoce morza mają 45 kcal, to prawie tyle co nic. Szynka, którą sobie wybrałam ma jakieś 120 kcal, i jak to moja mama mówi, plastry są grubości chusteczki. Sos pomidorowy ma 40 kcal, a słodko-kwaśny 200, ale w niewielkich ilościach będzie dobry do ryżu. Wszystkie kalorie podałam w przeliczeniu na 100g.

Niestety idą święta, gdy pomagałam w rozpakowywaniu zakupów, i gapiłam się na półkilowe opakowanie czekoladowych jajek, ciastka, różne kiełbasy, parówki i polędwiczki, a dodatkowo pizze i zapiekanki, które zawsze są w naszej lodówce, to myślałam, że zwariuję. Śniadanie wielkanocne to będzie tragedia, w końcu trzeba będzie wszystkiego ze święconki spróbować. Do tego na stole będzie sałatka z majonezem, kilka rodzajów kiełbas, parówki na ciepło, mnóstwo wędlin i serów, dwa ciasta, chlebek, bułeczki, jajka i słodycze. A pośród tego wszystkiego ja, zadeklarowany mięsożerca, który walczy z nadwagą. Do tego właśnie będę wychodzić z głodówki, więc spożycie zbyt dużej ilości kalorii może mieć tragiczne konsekwencję. Jajek na twardo nie cierpię, tak samo białej kiełbasy. bez chleba potrafię żyć, za samym ciastem również nie przepadam. Prawdopodobnie skończy się tak, że skubnę jajeczko, z babki ze święconki zjem tylko nadzienie (na moją porcję przypadnie ilość wielkości paznokcia), kawałek kiełbasy i chlebka zjem bez marudzenia, a potem wsunę kilka plasterków szynki, i zwieję, zanim te kiełbaski i parówki mnie skuszą. Oby właśnie tak było.

Dzisiaj jest ostatni dzień mojej głodówki, więc chciałam o tym napisać. Jest to głodówka kompletna, zrezygnowałam nawet z picia drożdży i suplementów diety, jedyne co robię to piję wodę. Zdecydowałam się na ten drastyczny krok przez porażkę w zeszłym tygodniu. Zaczęłam w sobotę, z wagą 108 kilo, dziś warzę 7 kilo mniej, jednak wiem, że nie powinnam się do tego przywiązywać, przy wychodzeniu z głodówki zawsze następuje jakiś efekt jojo. Jutro mam zamiar zjeść sam obiad, potem tylko śniadanie i obiad. Podczas moich zmagań zauważyłam, że kolacja nie jest mi potrzebna do szczęścia, a jej niejedzenie sprawia, że jeszcze więcej chudnę. Możliwe, że koncepcję 5 posiłków dziennie rozważę w przyszłości, ale to dopiero, gdy nie będzie mi zależało na chudnięciu, a na utrzymaniu wagi. Właściwie, to powinnam zakończyć tą głodówkę przedwczoraj, ale o ile normalnie mam wyrąbane na piątki, to teraz, w Wielki Piątek, jakoś tak głupio mi było zaczynać "normalne" jedzenie, gdy mamy najbardziej postny dzień w roku. Dodatkowo nie wyobrażam sobie całodniowego menu bez mięsa, nie wiem jak miałabym ogarnąć te dwa posiłki, gdy z mojej diety wyeliminowałam nabiał i mocno ograniczyłam gluten, a za owocami i warzywami nie przepadam.

Udało mi się ogarnąć, w jaki sposób działają te półgłodówki. Nie mam pojęcia, czy to zadziała u innych, ale na mnie działają świetnie, a sama dieta jest bardzo prosta- 4 dni głodówki, 3 dni diety niskokalorycznej, najlepiej bez węglowodanów. Żeby cykl był równy i trwał tydzień, na dni głodówki ustaliłam czwartek, piątek, sobotę i niedzielę. W poniedziałek należy zjeść jedynie obiad, we wtorek i środę śniadanie, obiad i ewentualnie kolację. Można zrobić 2 cykle pod rząd, następnie tydzień przerwy i kolejne 2 cykle, przy zachowaniu tych samych dni tygodnia głodówki co wcześniej. Potem niestety należy zrobić dłuższą przerwę.

Diecie bardzo sprzyja spożywanie mięsa, które nie ma dużo węglowodanów, oraz nie zawiera nabiału i glutenu, które mocno ograniczam, dlatego tak bardzo ją lubię. W czwartek warto się przeczyścić, aby nic nie zalegało w nas przez  te 4 dni (a może tylko ja tam mam, że podczas głodówki nie chodzę na dwójkę?). Podczas pojedynczej głodówki chudnę do 5 kg, jeśli nie spożyje się przez kolejne 3 dni zbyt dużej ilości kalorii, ani produktów zakazanych, można to utrzymać, ewentualnie przybrać do 1kg (więc bilans wciąż mocno na plus), niestety ja zawsze tę część spieprzyłam. W środę warto również spożyć trochę więcej, żeby oszukać organizm i trochę zniwelować zwolnienie metabolizmu z powodu głodówki.

Podczas głodówek można spożywać do 100kcal dziennie, więc jeśli ktoś łyka jakieś ziółka, lub tak ja drożdże itp, to spokojnie może to robić cały czas. Dieta jest moim autorskim pomysłem, stworzonym na podstawie obserwacji mojego organizmu, który zdecydowanie nie działa normalnie, więc mało prawdopodobne, że u innych da takie same efekty, możliwe nawet, że zaszkodzi. W razie czego nie chcę, aby ktokolwiek miał do mnie pretensje, bo nikomu nie radzę tego robić, a jedynie pokazuję sposób który działa na mnie, i który można wypróbować.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Nie zjadłam nic, w ogóle nie rozumiem tego hejtu na głodówki. Dopiero wczoraj poczułam się osłabiona, a był to mój szósty dzień. Z urodowych obowiązków chyba zrobiłam wszystko, wciąż wydaje mi się, że o czymś zapomniałam, ale za Chiny nie mogę sobie przypomnieć o czym. Mamy więc pełen (chyba) sukces.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dlaczego Moja Studniówka Była Beznadziejna.

Studniówka jest wydarzeniem jedynym w swoim rodzaju, każda dziewczyna marzy o tym, by wyglądać na niej jak najlepiej. Ja już na początku roku szkolnego postanowiłam do tego czasu schudnąć, osiągnęłam jednak odwrotny efekt, bo przytyłam jakieś 10 kilo. Najdłużej udało mi się wytrzymać na diecie 3 dni, to był pierwszy raz od 3 lat, kiedy zdarzyło mi się przytyć, zwykle wahania wagi nie przekraczały 3 kilo więcej, a i to udawało mi się jakoś naprawić. Na początku roku warzyłam 115 kilo, to było najwięcej ile ważyłam w całym życiu. Nadludzkim wysiłkiem woli udało mi się przed studniówką zejść do 108, nadal warzyłam więcej niż na początku roku szkolnego, ale trudno.

Starałam się wyglądać jak najlepiej. Sama uszyłam swoją sukienkę, zaprojektowałam ją tak, aby ukrywała brzuch, uda i ramiona, a eksponowała cycki. Wbiłam się też w gorset, który musiałam modyfikować, bo nigdzie nie znalazłam mojego rozmiaru. Kilkanaście razy trenowałam makijaż i konturowanie twarzy, Kupiłam nowe kosmetyki, buty, biżuterię i dodatki do włosów. Szamponem koloryzującym przefarbowałam włosy na krwistą czerwień. Siedziałam w łazience ponad dwie godziny, wydawało mi się, że wyszło nieźle.

W sali, w której odbywała się studniówka, znajdowało się ogromne lustro. Tak naprawdę wyglądałam okropnie. Włosy całkiem oklapły, makijaż spłynął z powodu potu, moja okrągła twarz strasznie się świeciła. Sukienka nie do końca była dopracowana, ukryła mankamenty na których się skupiłam, jednak, w połączeniu z gorsetem, strasznie powiększyła mi biodra, wyglądało to strasznie nienaturalnie i źle. Nie byłam w stanie dobrze się bawić wiedząc jak wyglądam. Unikałam zdjęć jak tylko mogłam. Miało być cudownie, a impreza sprowadziła na mnie depresję. Ze studniówki wyszłam przed północą, nie byłam w stanie wysiedzieć dłużej. Już dawno nie czułam tak źle ze sobą.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Nic nie zjadłam, nic nie zrobiłam z urodowych obowiązków. Mam nadzieję, że to był ostatni dzień takiego lenistwa.

środa, 12 kwietnia 2017

Historia Mojej Depresji część 2

Nadeszła przerwa świąteczna, więc postanowiłam odpocząć, dziś i jutro jest czas tylko dla mnie, naukę zacznę od piątku. Idą święta, a to wiąże się z kłopotami, świąteczne jedzenie jest pyszne, ale ma dużo kalorii. Jak sobie z tym poradzę? Nie mam pojęcia. Dziś miałam problem z odmówieniem czekoladowych jajek w szkole, bo przecież jestem na głodówce, i zjedzenie nawet takiej małej czekoladki miałoby ogromne konsekwencje. Skoro wreszcie mam czas, i nie muszę się przejmować nauką, postanowiłam dodać kolejną część mojej historii.

1 gimnazjum: Nowa szkoła, nowe możliwości. Byłam pełna nadziei, na początku chodziłam codziennie, byłam bardzo pilną uczennicą. Starałam się być miła dla innych. Znowu zostałam kozłem ofiarnym, ten sam powód - nadwaga, na bilansie waga wskazała 92 kilo. Znowu zaczęłam opuszczać lekcje. Wpadłam w błędne koło, każda opuszczona godzina wywoływała u mnie strach, bo nauczyciele zawsze niemiło komentowali moją absencję, co było dla uczniów kolejnym powodem do wyzwisk. Z tego strachu nie chodziłam do szkoły.
Gdzieś w styczniu podjęłam decyzję, że mam dość. Przestałam wychodzić z pokoju, przestałam się w ogóle odzywać. Swoją "strefę" opuszczałam tylko wychodząc do toalety i po jedzenie, obżerałam się mocno, jednak miałam wszystko gdzieś. Kąpałam się tylko wtedy, gdy nie mogłam z nieść swojego smrodu. Cały czas grałam w gry, lub oglądałam telewizję. Niedługo przed tym miałam robioną serię badań, mama usilnie szukała przyczyny mojej inności. Okazało się, że mam nowotwór mózgu. Guz nie zagrażał mojemu życiu, jednak rozwalał mi hormony, czego nie dało się w żaden sposób leczyć. Wreszcie znalazł się powód mojej nienormalności.
Po prawie dwóch miesiącach trafiłam do psychiatryka. Diagnoza: myśli samobójcze, depresja i fobia społeczna. Paradoksalnie dopiero tam poznałam normalnych ludzi. Wśród pacjentów mieliśmy anorektyczki, niedoszłych samobójców, ludzi w depresji, ludzi mających problemy z agresją, nawet ćpunów. Ogromna zbieranina, od typowych plastików, przez metale, dresy, na kujonach kończąc. Każdy miał jakiś problem, nikt nikomu nie dokuczał, wszyscy się wspierali. To właśnie tam zaczęłam wierzyć, że nie wszyscy ludzie są źli. Jedna z pacjentek dała mi do przeczytania mangę, od tamtej pory mogłam też uciekać w świat anime. Brzmi cudownie, i pewnie by tak było, pominę już beznadziejne warunki panujące na oddziale i chamski personel. Był jednak jeden poważny problem - psychiatra.
Gdy już oswoiłam się z tym, że doprowadziłam się do takiego stanu, że trafiłam do psychiatryka, stwierdziłam, że może warto poszukać tu pomocy. To było najgorsze co mogłam zrobić. Gdyby nie koleżanki z sali, uwierzyłabym temu facetowi we wszystko. Mówił, że wszystko jest moją winą, bo jestem inna. Skoro nie umiałam się bronić, to inni mieli prawo mnie wyśmiewać. Z tego, że jestem gruba sam drwił. Twierdził, że skoro doprowadziłam się to takiego stanu, to każdy ma prawo się śmiać. Po dwóch tygodniach się zbuntowałam, wtedy przepisał mi złe leki. Spałam 20 godzin dziennie, nie miałam siły funkcjonować, kontakt ze mną można było złapać tylko wieczorem. On twierdził, że to nie wina leków a depresji. Po kolejnych dwóch tygodniach przestałam łykać leki, wszystkie te objawy ustąpiły.
Jego sposób leczenia polegał na tym, że chciał mnie złamać. Zabronił mi kontaktów z rodziną, do których bez względu na wszystko każdy pacjent miał prawo, moja mama jednak ślepo go słuchała. Przeszłam prawdziwe załamanie nerwowe. Przestałam jeść, psychiatra mnie z tego powodu wyśmiewał, wymyślił, że w ten sposób chcę schudnąć. Przepisał mi kroplówki - 4000 kcal dziennie. Miałam do wyboru, albo to pić, albo spędzać kilkanaście godzin dziennie przypięta pasami i w pampersie. Wiadomo co wybrałam. Mimo dwumiesięcznego obżerania, waga na początku pobytu wskazała 91 kilo, utrzymywała się cały czas, jednak po kilku dniach picia kroplówek zwiększyła się o 2 kilo. Nie zwróciłabym na to uwagi, ale psychiatra uznał to za kolejny powód do wyśmiewania mnie, bo przecież mówił, że nigdy nie schudnę.
W pewnym momencie dotarło do mnie, że jeśli czegoś nie zrobię, to będzie mnie tak traktować do końca życia. Zaczęłam udawać, że jestem normalna. Na oddziale spędziłam ponad 2 miesiące. Nawet udało mi się odrobinę schudnąć. Do szkoły już nie wróciłam, do końca roku szkolnego miałam indywidualne nauczanie.

2 gimnazjum: Wciąż miałam indywidualne nauczanie. Prawie nie wychodziłam z domu, ale to był mój czas na ogarnięcie się. Trzymanie diety, a nawet ćwiczenia nie sprawiały mi problemu. Udało mi się zejść do 80 kg, potem jednak wygrała miłość do jedzenia, mimo wszystko potrafiłam utrzymać wagę w przedziale 80-85 kg. Czasem pojawiały się kolejne próby diety, jednak nie potrafiłam długo wytrzymać. Nie miałam już depresji, dość często zdarzały mi się małe załamania, ale to nic nie znaczyło.
Niestety co dwa miesiące musiałam jeździć na kontrole do psychiatry. Podczas każdej wizyty dawał mi do zrozumienia, że jestem nikim. Robił to o wiele delikatniej, w końcu moja mama była zawsze ze mną, jednak wciąż dziwię się, że nigdy nie zareagowała na to, jak mnie ten facet traktował.

3 gimnazjum: Zmieniłam szkołę, przeszłam do małego gimnazjum, w każdym roczniku były tylko dwie klasy po 25 osób. Tym razem postanowiłam się nie angażować, bałam się powtórki z poprzednich szkół. Byłam cicha i nie sprawiałam problemów, nie szukałam przyjaźni, nikt też mi tego nie zaproponował, więc przez jakiś czas byłam sama. To był najlepszy rok mojego życia, żaden z uczniów mnie nie skrzywdził, nawet znalazłam jedną koleżankę, jednak szybko zauważyłam, że zbyt długo żyłam tak jak żyłam, nie potrafiłam już normalnie chodzić do szkoły, chęć zostania w łóżku była ode mnie silniejsza.
Moja nowa przyjaciółka wydawała się być moim przeciwieństwem. Była pilną uczennicą, uczestniczyła w olimpiadach, uwielbiała aktywność fizyczną, była świetna w każdym sporcie, miała figurę modelki oraz taki metabolizm, że bez problemu mogła zjeść 8 kanapek na śniadanie. Połączyły nas jednak wspólne pasje. Obie lubiłyśmy mangę i anime, książki fantasy i gry komputerowe. Miałyśmy też identyczne poczucie humoru. Gdy pojawiałam się w szkole byłyśmy nierozłączne, siedziałyśmy razem na każdej lekcji, często przychodziła też do mnie do domu. Moje problemy ze szkołą się zmniejszyły, w końcu wreszcie czułam się tam mile widziana. Psychiatra nie wierzył w to, że potrafię mieć przyjaciół i funkcjonować w społeczeństwie, według niego powinnam zostać odizolowana od życia społecznego.
Mój spokój prawdopodobnie zawdzięczam temu, że trafiłam do wyjątkowej klasy. Liczyła się przyjaźń i nauka, nie fejm. Średnia klasy wyniosła 4.2, wszyscy nauczyciele po nas płakali, jeszcze nigdy nie spotkali takiej klasy. Miało to też swoją złą stronę, miałam coraz większe wrażenie, że zmarnowałam sobie życie. Nawet nauczyciele mówili mi, że robię sobie krzywdę, bo jestem zdolna i marnuje swój talent do nauki, a ja po prostu nie potrafiłam być codziennie w szkole. W ostatnich miesiącach wzięłam się za poprawianie wszystkiego, czego tylko mogłam, zaliczenie trzech sprawdzianów z biologi na raz nie było problemem, uczyłam się tylko dwa dni. ostatecznie moja średnia wyniosła 4.3, jednak co z tego, skoro mojej klasie przyznano 13 świadectw z czerwonym paskiem. Czułam się głupia, bo przecież to 4.2 kosztowało mnie mnóstwo wysiłku, a gdybym chodziła na wszystkie lekce, sama mogłabym mieć czerwony pasek.
Z egzaminu gimnazjalnego z przedmiotów ścisłych miałam około 90%, z humanistycznych 70%, z angielskiego 40% i 20%. Po skończeniu szkoły moja koleżanka poszła do najlepszego liceum w mieście, sama wybrałam technikum weterynaryjne, czułam się zbyt głupia na liceum, chodź po zakończeniu rekrutacji dowiedziałam się, że do owego liceum brakłoby mi tylko 7 punktów. Nasze drogi się rozeszły, nie mam jej tego za złe,z facebooka wiem, że moja przyjaciółka studiuje teraz za granicą. Mimo wszystko ta przyjaźń oraz spokój w szkole wiele mi dało. Co prawda nadal ważyłam jakieś 85 kilo, ale przestałam się czuć ohydnym grubasem, uwierzyłam, że można mnie lubić. Wszystko to zostało zniweczone w ciągu następnych lat.


Podsumowanie dnia poprzedniego:
Nadal nic nie zjadłam, choć było ciężko, waga nadal spada, nie napiszę ile, bo po powrocie do jedzenia na pewno trochę wzrośnie. Z urodowych obowiązków nic nie zrobiłam, wybrałam sen. Zajmę się tym wszystkim od jutra.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Dlaczego Nienawidzę Być Gruba

Odpowiedź jest prosta, grubi po prostu mają przesrane. Ciężko mi już słuchać różnych komentarzy na temat swojej wagi, nawet kiedy sama po sobie jeżdżę, starając się pokazać, że mam dystans do siebie i mnie to nie rusza, czuję się z tym źle. Ja już po prostu boję się być oceniona z powodu wagi. Panuje pogląd, że jak ktoś jest gruby, to nie zasługuje na szacunek, bo sam sobie to zrobił. Prawda jest taka, że otyłość jest po prostu oznaką słabości, mało tego nierozerwalnie jest związana z depresją, niemal zawsze jest tak, że jedno wynika z drugiego, ale o tym napiszę już osobny post. Nie próbuję się w ten sposób usprawiedliwiać, bo to moja wina, że jestem słaba, ale czasem przydałoby się trochę zrozumienia dla takich ludzi jak ja.

Moje ciało jest brzydkie, mam porozciąganą skórę na udach, aż boję się pomyśleć co będzie z brzuchem, który jest ogromny. Moja skóra ma słabą rozciągliwość, co będzie z ramionami i łydkami? Nie są aż tak ogromne, ale co jak nawet tam mi skóra obwiśnie? Na ramionach już mi trochę wisi. Do tego mam rozstępy praktycznie wszędzie: Na udach, brzuchu, biodrach, piersiach, ramionach, nawet pod kolanami. Nie wiem co miałabym z tym faktem zrobić, skoro nawet najlepsze kremy nie sprawią, że rozstępy całkowicie znikną. Ciężko jest mi się też ogolić. Do łydek ledwo sięgam, a z udami po prostu sobie nie radzę, nie dość, że nie sięgam, to jeszcze nie ogarniam rozciągniętej skóry.


Bardzo lubię oryginalne ciuchy, uwielbiam też szyć, nie raz szyłam kostiumy dla siebie albo do szkoły, jeśli jednak zaczęłabym się ubierać tak jak chcę, wyszłoby to tak jak na zdjęciach powyżej, czyli żałośnie. Nie mogę nawet założyć butów wyższych niż do 1/3 łydki, bo po prostu mam za grube nogi, chodź wydaje mi się, że sporą część moich łydek stanowią mięśnie a nie tłuszcz, nic dziwnego, aby przez kilka lat dźwigać jakieś 40 kilo zbędnego balastu, trzeba mieć siłę. Marzą mi się budy do kolan, mam takie dwie pary, jednak żadne nie dają się zasznurować do końca, więc po prostu ich nie noszę. O butach na obcasie nawet nie wspomnę, po niecałej godzinie noszenia ich moje nogi są już zmasakrowane. W głowie mam obraz tego jak chciałabym się ubierać, malować i co zrobić z włosami, ale puki co nie chcę tego robić, bo to żałosne. Głupio to brzmi, ale bałabym się nazwania mnie feministką, bo przecież każda feministka jest gruba, ma kolorowe włosy i nosi dziwne ciuchy. Według społeczeństwa feministki to samo zło, nawet jeśli mylą pojęcia, bo każda kobieta jest feministką, bo przecież każda z nas chce mieć takie same prawa jak mężczyźni, niestety feministka jest teraz po prostu synonimem feminazistki. Fajne ubrania są przywilejem ładnych ludzi, ja niestety jestem puki co skazana na workowate ciuchy. Udaję, że mam wyjebane na wygląd, że nie muszę się ładnie ubierać ani malować, że wygoda mi wystarczy, ale to nie jest prawda. Ja po prostu się boję, uważam również, że nie zasługuję, bo puki jestem gruba nawet najfajniejsze ciuchy i makijaż nie poprawią mojego wyglądu.

Najbardziej nienawidzę swojej otyłości za to, że zmarnowała mi życie. Zaczęło się od niewinnych wyzwisk, potem przeszło w próby skłonienia mnie do samobójstwa, mam już to dawno za sobą, jednak moja psychika jest nieodwracalnie zniszczona. Głupia nie jestem, mogłabym wiele osiągnąć, jednak już w gimnazjum wycofałam się z życia. Boję się ludzi, już nawet nie potrafię żyć inaczej, bo przyzwyczajenia są za silne. Z klasy do klasy przechodzę tylko dlatego, że naprawdę jestem zdolna, nauczenie się materiału z całego roku w mniej niż tydzień nie stanowi dla mnie problemu, chodź teraz wszystko stanęło pod znakiem zapytania, bo jak sami nauczyciele stwierdzili, szkolne prawo nie przewidziało, że pojawi się ktoś, kto będzie ciągle wagarował, a jednocześnie będzie na tyle zdolny aby napisać kilka egzaminów klasyfikacyjnych. Beznadziejną frekwencję mam ze wszystkiego, egzaminów będę musiała napisać od 2 do 5, zależy od woli nauczycieli, a na wszystko dostanę jeden dzień. Gdybym ze strachu nie schowała się przed światem, nie miałabym teraz takich problemów, w ogóle skończyłabym inną szkołę i była już na studiach, prawdopodobnie na medycynie, stomatologi lub weterynarii. Ale jest za późno, teraz muszę walczyć nawet o rzeczy, które są w zasięgu ręki przeciętnego ucznia, jestem marginesem, patologią wręcz, wszyscy spisali mnie już na straty, nikt nie wierzy, włącznie ze mną, że coś osiągnę.

Nie zachowujcie się jak ja, walczcie o siebie!

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Nic nie zjadłam, nic nie zrobiłam z urodowych obowiązków, nie mam ani chęci ani czasu. Sen jest teraz na wagę złota, dopiero jutro odzyskam "wolność"

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Zalety

Ktoś kiedyś na swoim blogu napisał, że nie można ciągle się dołować i skupiać na swoich złych stronach, bo to do niczego nie prowadzi, a nawet odbiera motywację. Dziś mam zamiar skupić się na zaletach mojego wyglądu, Nie widzę w tym większego sensu, bo już raz robiłam podobną listę, i wad wyszło mi 3 razy więcej niż zalet, ale niech będzie. Może jak przemilczę wady, to jednak coś mi to da...
  • Mam ładne i proporcjonalne rysy twarzy, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo puki co są skryte pod tłuszczem.
  • Moje włosy są miękkie i bardzo szybko rosną.
  • Mój rozmiar buta to 38, według mnie to idealny rozmiar do mojego wzrostu.
  • Moja cera jest jasna, gładka i nie sprawia żadnych problemów pielęgnacyjnych, oprócz twarzy oczywiście.
  • Moje piersi puki co mają bardzo ładny kształt i idealną dla mnie wielkość
  • Moje brwi mają taki kształt, że właściwie nie muszę z nimi nic robić, tylko delikatnie regulować.
  • Mam naturalnie czerwone usta, kształt też chyba mają całkiem fajny.
  • Moje zęby są równe, zdrowe i dużo bielsze niż u przeciętnego człowieka, a przypominam, że ciągle zapominam o higienie jamy ustnej. 
  • Moje ciało tyje w taki sposób, że moje uda i ramiona są prawie w normie, zawsze wyglądam też na 10kg lżejszą niż w rzeczywistości.
  • Z tego co pamiętam mam bardzo ładne oczy, póki co wyglądają niestety jak u chińczyka.
  • Mam ładny kształt paznokci.
  • Nie licząc wagi, moje ciało jest proporcjonalne niemal pod każdym względem.
  • Mam długie palce u rąk.
Jaki z tego wniosek? Jakbym schudła, zaczęła używać odżywki do włosów ,zadbała bardziej o higienę twarzy i ogólnie o wygląd, byłabym chyba bardzo ładna. To jest jakaś motywacja, bo po latach upokorzeń, które muszę jeszcze opisać, bardzo mi zależy na byciu ładną dziewczyną. Niemniej jednak jest mi bardzo ciężko, wczoraj musiałam wyrzucić sporo jedzenia przez okno, inaczej znowu miałabym napad obżarstwa. Nie zapominajmy też, że nawet jeśli stałby się cud, i ta rozciągnięta skóra by nie obwisła, to wciąż zostają rozstępy. nigdy nie założę bluzek z odkrytym brzuchem, szortów, czy nawet spódnicy bez rajstop. Wątpię, bym odważyła się nosić bluzki z odkrytymi ramionami, lub chodzić z odkrytymi łydkami. Nawet jak osiągnę wymarzoną wagę, zostanie mi mnóstwo ograniczeń. Najwięcej skóry zostanie mi na brzuchu, wątpię by jakieś gacie korekcyjne dały radę to wszystko tak docisnąć, by brzuch był płaski. Kolejne ograniczenia, a jak przecież tak bardzo marzę o noszeniu fajnych ubrań...

niedziela, 9 kwietnia 2017

Podsumowanie Tygodnia

Było źle, bardzo źle. Miałam dwa napady głodu i prawie wcale nie dbałam o wygląd. Po prostu masakra. Aż dziwię się, że nie przytyłam. Mam siebie dosyć, szkoła mnie przytłoczyła. jeszcze 3 dni i będzie luźniej, ale nie wiem czy wytrzymam. Nawet nie jestem pewna, czy jest sens pisania podsumowania, skoro z moją wagą prawie nic nie drgnęło, a na zdjęciach wyglądam gorzej niż poprzednio, ale niech będzie. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu wszystko będzie dobrze. Tym razem mam zamiar być na kompletnej głodówce tak długo, jak długo to będzie dawało efekty. Do matury 3 tygodnie, a ja muszę schudnąć co najmniej 6 kilo, a i to będzie tak na styk, bo gdy kupowałam tą sukienkę, to co prawda była na mnie sporo za luźna, ale ważyłam mniej niż 90 kilo.

Waga: 105,9 kg
BMI: 34,61
Etap: 2
Pod biustem: 96 cm
Talia: 104 cm
Biodra: 119 cm
Udo: 64 cm


sobota, 8 kwietnia 2017

Kolejna Porażka

Znowu się nawpierdalałam, nawet jeszcze bardziej niż wcześniej, żarłam tylko po to, żeby jeść, jakby to był mój jedyny cel w życiu, możliwe że jest, bo ja nienawidzę swojego życia i tego, że nie jestem w stanie nic z nim zrobić. Przydałoby się skończyć tą szkołę i pójść na studia, ale zdałam sobie sprawę, że nie chcę. W ogóle nie widzę powodu by wychodzić z pokoju. O tyle dobrze, że dzisiejszy napad wpierdalania udało mi się ograniczyć tylko do mięsa, nie tknęłam glutenu, po którym tak tyję, może uda się ograniczyć przyrost wagi.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Nic nie zjadłam, nic nie zrobiłam z urodowych obowiązków, nie ma co się rozpisywać.

piątek, 7 kwietnia 2017

Nienawidzę Otyłych Ludzi

Jak to moja mama twierdzi, jestem jednym wielkim paradoksem. Po tym mocnym tytule wypadało by wyjaśnić, że nie wszystkich, tylko pewne przypadki. Na początku trzeba jednak zdefiniować grubego człowieka. Na pewno nie jest nim osoba nosząca rozmiar 40-42, bo jest zupełnie normalny rozmiar, nie rozumiem czemu podpinać to pod plus size, jeśli jednak te osoby same się tak nazywają, to znaczy, że uważają się po prostu za grube. Czemu więc nie schudną, tylko dorabiają sobie to tego ideologię? Do rozmiaru 46 również można się spierać, bo niektórzy po prostu mają taką budowę ciała, że będą wyglądać dobrze.

Teraz przejdźmy do setna sprawy. Po co się godzić na bycie grubym, po co dorabiać do tego ideologię? Rozumiem, że jak ktoś ma 10 kilo nadwagi, to może to zaakceptować, bo to właściwie nie szkodzi zdrowiu, a miłość do jedzenia, nienawiść do aktywności fizycznej, czy słaby metabolizm, to ciężka rzecz. Skoro lekka nadwaga kogoś nie ogranicza, to może sobie być gruby, bo wciąż wygląda estetycznie, jak człowiek, ale znowu, po co dorabiać ideologię? "Jestem gruba, bo prawdziwa kobieta ma krągłości", to głupota, powinno być: "Jestem gruba, bo lubię jeść i nie lubię ćwiczyć"

Zaakceptować, co to w ogóle za argument? Mogę zaakceptować to, że mam cienkie włosy, mogę zaakceptować to, że zrobiły mi się rozstępy, mogę zaakceptować to, że jestem za wysoka jak na mój gust, mogę też zaakceptować to, że mam słaby metabolizm, bo na to przecież nie mam wpływu. Dlaczego jednak mam akceptować swoją nadwagę, której przecież mogę się pozbyć? Rozumiem, że niektórzy np. z powodu choroby, nie mogą schudnąć, bo to niemożliwe. Takim ludziom z całego serca współczuję, i życzę powodzenia, bo oni rzeczywiście nie mają wyboru, muszą to zaakceptować. W większości przypadków, to jednak kalectwo na własne życzenie.

Jak nikt inny rozumiem, jak ciężko schudnąć, cały czas walczę i gówno z tego wychodzi. Przytyć jest łatwo, ale zrzucić to już mega trudno. Potrzebna jest masa pracy i samozaparcia. Szanuję tych, co podejmują walkę, nawet jeśli nie dadzą rady i porzucają swoje postanowienia. Nie rozumiem jednak, jak można narzekać, że jest się grubym, i nic z tym nie robić. Jak jesteś nieszczęśliwy, to się zmień, zamiast marudzić, że masz słaby metabolizm, że koleżanki też dużo jedzą i nie tyją, to podejmij pracę nad sobą. Masz trudniej, to akurat musisz zaakceptować, więc albo bierzesz się za siebie, albo nie marudzisz, że ci źle, bo na swój wygląd masz wpływ. "Jestem gruba i nieszczęśliwa, ale nic z tym nie zrobię, a zamiast tego nażrę się pizzy i chipsów" Gdzie tu logika?

"To nie twoje ciało jest złe, to społeczeństwo jest złe" - znalazłam ten tekst na blogu jakiejś chorobliwie otyłej Brytyjki. Owszem, społeczeństwo jest złe, bo szydzi z każdej ułomności, wkrótce napiszę osobny post o tym, jak są traktowani otyli ludzie. Nie znaczy to jednak, że ciało pełne tłuszczu, rozstępów i fałd jest spoko. Jak można mówić, że nadwaga, która uniemożliwia nam normalne poruszanie się i powoduje mnóstwo chorób jest ok? Jak już mówiłam, 10 kilo można zaakceptować, bo to większego wpływu na nas nie ma, a rozumiem, że komuś nie zależy na "idealnym" wyglądzie, jak jednak mogłabym zaakceptować moje 40 kilo nadwagi, gdy w wieku 19 lat zdarza mi się z tego powodu mieć problemy z kręgosłupem? Nie mogę biegać, bawić się, nawet się ogolić, to po prostu kalectwo na własne życzenie, z tym trzeba walczyć. Gdy musisz zabezpieczać swoje fałdy przed oparzeniami i otarciami, to jest po prostu przesada, tego nie wolno akceptować.

"Prawdziwa kobieta ma krągłości" - kolejne dorabianie ideologii, by otyli ludzie poczuli się lepiej, tylko że przez krągłości rozumie się duże piersi i biodra, nie ogromny brzuch i tłuste uda. I wracamy do tego samego tematu, jeśli wypracowują sobie taki tekst, to znaczy, że się nie akceptują, więc niech skończą pierdolić, i wezmą się za siebie. A jak to akceptują, to niech chociaż się zamkną i nie robią problemów tym, co chcą być normalni. Ich miażdżyca, ich zwyrodnienie stawów, ich wybór.

Ogólnie odnoszę wrażenie, że otyłość jest ostatnio traktowana jak choroba. Są specjalne szkolenia z akceptacji swoje wagi, specjalne udogodnienia, w wielu miejscach zwraca się większą uwagę na przemoc psychiczną wobec grubych (szkoda, że nigdy nie miałam szczęścia spotkać się z takim traktowaniem). Owszem, otyłość to choroba, ale taka sama jak alkoholizm, czy ktoś kiedyś powiedział: "Bycie alkoholikiem jest spoko, zaakceptuj to"? Nie? Ciekawe dlaczego... Może dlatego, że z tym da się walczyć, że można wyzdrowieć i żyć normalnie.

Wiem, że to z powodu mojej zniszczonej psychiki, gdy byłam 30 kilo lżejsza niż teraz nie zaobserwowałam u siebie takiego myślenia, teraz jednak nie mogę patrzeć na otyłych ludzi, którzy chcą się wyróżnić z tłumu. To dzięki nim powstały stereotypy o grubasach i feministkach. Nie rozumiem jak można pokazywać fałdy na brzuchu, udach i ramionach? To wygląda ohydnie, żaden fajny ciuch nie jest tego warty, poza tym te ciekawsze ubrania są produkowane tylko do pewnego rozmiaru. Gdy ci naprawdę otyli ludzie chcą się ubrać "ekstrawagancko" to trzeba kombinować, niemal zawsze wychodzi tandetnie i sztucznie. Tą opinię wyrażam po raz pierwszy, bo jestem świadoma tego, że to jest wredne, że mogłabym kogoś zranić, a przede wszystkim narazić się hejterom. Nie mogę już jednak patrzeć na kolejne zdjęcie laski w kolorowych włosach, w obcisłym, wyzywającym ubraniu pokazującym fałdy, a nawet rozstępy, z piercingiem na całej okrągłej twarzy. To nie wygląda dobrze, po prostu rzygać mi się chce.

Zmierzam do jednego: są ludzie, którzy nie akceptują swojej wagi, więc walczą o zmianę. Są też tacy, którzy nie mają siły się zmienić, jednak rozumieją swój błąd i starają się jakoś do tego zebrać. Oni są jak najbardziej w porządku. Są też jednak tacy, co chcieli by być i szczupli i obżerać się, więc płaczą nad swoim ciężkim losem. Są też tacy, którzy wybrali miłość do jedzenia. Tak jak w przypadku gejów i feministek takie jednostki widać najbardziej. Usilnie walczą o to, aby mieć specjalne prawa, bo przecież z nadwagą żyje się trudniej, bo to choroba, bo nie można nikogo wyzywać z powodu wyglądu. Tymczasem te same grube pańcie nie widzą nic złego w śmianiu się z "wychodzonych" modelek, same nawet to robią. Po co w ogóle to wszystko? Jak jesteś gruby, to albo schudnij, albo siedź cicho. Nie mów "jestem gruba, bo to akceptuję, bo jestem piękna, a prawdziwa kobieta ma krągłości", po prostu powiedz prawdę: "jestem gruba, bo lubię jeść".

Przez takie zachowania cierpią ci, co nie zasłużyli, zwłaszcza ludzie, których nadwaga jest wynikiem choroby, i rzeczywiście nie mają na to wpływu. Ludzie widzą otyłą osobę i myślą: "Jaka żałosna, spasła się, a teraz pewnie płaczę nad swoim losem, a przy okazji nadal się obżera i przeklina wszystkie ładne dziewczyny" Dlaczego tak jest? Właśnie wyjaśniłam. Wiele razy spotkałam się z tym, jak znienawidzone przeze mnie osobniki marudziły, że mamy kult anoreksji, że media nam wmawiają, że kobiety mają być szczupłe,  i że lalka Barbie jest zła. jednocześnie pałały szczerą nienawiścią do dziewczyn, które są fit, które wkładają w swój wygląd wiele pracy i dzięki temu wyglądają świetnie. Jeszcze kogoś dziwi, że otyli ludzie mają taką opinię jaką mają?

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Nie ma co się rozpisywać. Miała być głodówka, a się nawpierdalałam. Z obowiązków urodowych też nic nie zrobiłam. Kompletna porażka.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Porażka

Jestem porażką. Nawpierdalałam się, od tak, bo mogłam, bo nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Teraz waga pójdzie w chuj wysoko w górę, no trudno. Jestem porażką, powinnam się przyzwyczaić.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie i kolację kanapka z szynką, na obiad ryż z pieczarkami, zdecydowanie za dużo, ale niech będzie. Rano znów zaspałam, potem podłapałam kolejnego doła. Z obowiązków urodowych zrobiłam tylko jedno smarowanie.

środa, 5 kwietnia 2017

Rana na Ustach

Zrobiło mi się pęknięcie w kąciku ust, boli cholernie nawet przy ziewaniu. Są też dobre strony, dzięki temu nie mogę za bardzo rozewrzeć paszczy, przez co nie mogę brać za dużych kęsów jedzenia. Zawsze mam problem z tym powolnym jedzeniem, braniem małych kęsów i dokładnym żuciem. Może teraz się nauczę.

Dziś na mojej półce znalazłam parówki Jedynki... Miałam naprawdę wiele trudności z podjęciem decyzji o odłożeniu jej. Tak w ogóle, to od jutra znowu próbuję głodówki, dzisiaj nawet specjalnie zjadłam ciut więcej niż powinnam, aby w ten sposób oszukać organizm. Jeśli wszystko pójdzie tak jak powinno, to wrócę do pół głodówek.

Fajnie, że ktoś zwrócił uwagę na to, że wczoraj napisałam, że mam dosyć życia, i nie próbował mnie z tego powodu oceniać. Na początku chciałabym wszystko wytłumaczyć. Przede wszystkim nie robię tego dla szpanu. Po co miałabym to robić? Tu jestem anonimowa, nie mam też praktycznie żadnych czytelników, nic bym z tego nie miała. Możliwe, że zrobiłam to, by zwrócić na siebie uwagę, ludzie w depresji często w ten sposób "wołają o pomoc", ale napisała to tylko tutaj, to również nie ma większego sensu. Chciałam to po prostu napisać, żeby mi ulżyło, żeby ktoś się dowiedział, żebym jednocześnie nie miała problemów, jakie spowodowałoby napisanie tego pod moim nazwiskiem. Tylko tyle, nie mogę o tym mówić publicznie, więc chciałam chociaż tutaj.

A rozmowa, która miała zaważyć o wszystkim, odbyła się dzisiaj, i okazało się, że wyrok zostanie jednak wydany w przyszłym tygodniu. Może to głupio brzmi, ale chodzi o szkołę. Żeby ktoś mógł to zrozumieć, musiałby znać całą moją historię, a opublikowałam dopiero najmniej znaczącą część. Może dojść do tego, że nie zdam, a ja mam już dosyć. Od kilku lat co jakiś czas chcę się poddać, jednak zawsze ktoś zmusza mnie w jakiś sposób do dalszej walce. Teraz obiecałam sobie, że to ostatni raz. Nienawidzę szkoły i walki, którą muszę toczyć o zaliczenie każdej klasy. Zrobiłam to sobie na własne życzenie, jednak nie potrafię inaczej. Nie mogę również zaakceptować tego, że miałabym nie zrobić matury, że miałabym zostać bez ukończonej szkoły. Gdybym się nie stoczyła, pewnie byłabym teraz na studiach, bo nauka do tej pory jest dla mnie prosta, ale ja po prostu nie umiem. Już teraz jestem porażką, jeśli miałabym teraz nie zdać, byłoby tak źle, że nie mogłabym tego zaakceptować. Mam jakieś nikłe szanse na skończenie tej szkoły. Nauczyciele z jakiegoś powodu mi współczują, możliwe też, że mają mnie dosyć, i nie chcieliby uczyć mnie kolejny rok. Nie wiedzą, że albo ukończę szkołę, albo zakończę swoje życie. W każdym razie nikt mnie więcej nie zobaczy. Jeśli zdobędę tą maturę, mam zamiar zerwać kontakt ze wszystkim, pójść na studia do innego miasta, a potem wynieść się za granicę. Chcę się nauczyć życia od nowa, jednak bez zdobycia jakiegokolwiek wykształcenia to nie ma sensu.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie kromka chleba z szynką, na obiad udko kurczaka, bo nic innego nie znalazłam w lodówce. Kolacji nie zjadłam, bo przespałam. Z urodowych obowiązków nie zrobiłam nic. Rano zaspałam, a wieczorem po prostu nie miałam chęci do życia, a co dopiero do dbania o siebie. Mam nadzieję, że to pojedynczy przypadek.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Deprecha

Moja mama jest niereformowalna. Wracam ze szkoły, szukam w lodówce czegoś na obiad, bo pewnie to co jest dla całej rodziny jest mało dietetyczne, i co znajduję? Pizzę!!! Ogromną pizzę na mojej półce. Pizzę, która została kupiona tylko dla mnie, właśnie na ten nieszczęsny obiad. Pieprzona pizza, która ma ponad 800 kcal. Przełożyłam ją na inną półkę, zanim zdążyłam rozważać zjedzenie jej. Na obiad odgrzałam sobie jakieś udka z kurczaka.

Nie jest łatwo się odchudzać, nie zakazuję rodzinie jeść rzeczy, które mnie kuszą, ale miło by było, gdyby na mojej półce co chwile nie lądowały zapiekanki i paróweczki, bo przecież skoro mama kupiła coś mojemu bratu, to mnie też musi, bo byłoby mi przykro. I tak co najmniej raz w tygodniu muszę tłumaczyć, że mówiłam, że nie będę jeść takich rzeczy. A ona dalej swoje, bo przecież jeśli ja nie zjem, to ktoś inny może, ale sam fakt, że to jest dla mnie, że mam to na wyciągniecie ręki już nie raz położył moją dietę, a mówiłam jak to na mnie działa. Jedno odstępstwo od diety i waga idzie półtora kilo w górę, przynajmniej tydzień starań psu w dupę. Od razu się wszystkiego odechciewa:/

Tak w ogóle to w czwartek się wyjaśni, czy mam po co się starać. Możliwe, że w czwartek dowiem się, że zmarnowałam sobie życie. To jest moja ostatnia próba bycia szczęśliwą, jeśli okaże się, że wszystko poszło na marne, to będzie już koniec. Przestanę robić cokolwiek, znowu zamknę się w pokoju, i będę wegetować, czekając aż będę miała odwagę się zabić. Dietę oczywiście rzucę, w obliczu niedalekiej śmierci nie będzie mnie obchodzić jak gruba będę, gdy wyląduje w grobie. Chciałabym zaznać też jakiś małych przyjemności. Trochę sobie pogram na komputerze, trochę poczytam, trochę pooglądam filmy i nie będę sobie odmawiała żarcia, bo skoro zycie nie ma sensu, to odchudzanie tym bardziej.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie standardowo kromka chleba z szynką, na obiad udko kurczaka, tym razem normalna porcja więc spoko. Kolacji nie zjadłam, bo przespałam. Z urodowych obowiązków zapomniałam jedynie o umyciu zębów. Chyba nie jest źle.