niedziela, 23 kwietnia 2017

Podsumowania nie Będzie

Nie ma sensu robić podsumowania, skoro choroba mnie pokonała i sporo przytyłam. Mam zamiar teraz zniknąć na tydzień, po każdej porażce mam przymus takiego resetowania, aby to wszystko oczyścić i poukładać, i zacząć od nowa z czystym kontem. Podczas tej nieobecności postaram się nadrobić to, co straciłam przez chorobę, ale przede wszystkim muszę się skupić na zaliczeniu szkoły.

Do zobaczenia za tydzień.

sobota, 22 kwietnia 2017

Zdycham

Leżę, zdycham i nie mam siły na nic. O tyle dobrze, że już mogę mówić. Ważyć się nie mam zamiaru, bo po prostu się boję.
Podsumowanie dnia poprzedniego:
Śniadanie przespałam, na obiad zjadłam miskę ryżu, oprócz tego jakieś 30 pigułek. Obowiązki urodowe nie zrobione.

piątek, 21 kwietnia 2017

Szkoła

Jestem wykończona, nie mogę mówić i przytyłam ta dużo, że o ja pierdole. Nikogo nie zainteresowało, w jakim jestem stanie, nawet musiałam sporo mówić na lekcjach, niby żaden problem, ale cholernie bolało. Jeśli ja ich nie obchodzę, to powinni chociaż zainteresować się zarazą, którą przyniosłam do szkoły na 2 tygodnie przed maturą, zdecydowanie nie powinno mnie być na lekcjach, ale byłam.

To nie tak, że nauczyciele mi utrudniają, wręcz przeciwnie, niektóre nauczycielki chyba odczuwają przymus zaopiekowania się kimś, kto wygląda jak kupa nieszczęść. Moja frekwencja wyniosła mnie już 50% ze wszystkiego, nie wszystkie obecności miałam usprawiedliwione. Tak naprawdę nie muszą nawet wyrażać zgody na egzamin klasyfikacyjny. Tymczasem dostałam szansę ze wszystkiego. Uczniowie mają pretensje, że zostałam potraktowana ulgowo, nie zauważają, że pozaliczałam wszystkie zaległości i nie tylko, oni mieli takie same prawa, nauczyciele poszli by im na rękę, ale nie chciało im się pracować. Nikt nie widzi też, że zadania które dostałam do wykonania, przekraczają możliwości normalnego ucznia, ale nauczyciele po prostu wiedzą, że dam radę. Jestem tym wykończona psychicznie, wciąż pracuję, już większość roboty za mną, ale najgorsza jest ta niepewność, która towarzyszy mi stale.

  • Historia: "Tu się nie da nic zrobić, jeśli rada wyrazi zgodę, napiszesz egzamin, dam ci łatwe pytania" Jedyna nauczycielka, która postawiła sprawę jasno na początku.
  • Matematyka: "Pracuj systematycznie, to może pozwolę ci napisać egzamin klasyfikacyjny" "Ale co to znaczy, że nie zrobiłaś zadania domowego? Grozi ci egzamin, a ty się lenisz? Nigdy nie mówiłam, że będziesz musiała go napisać." Ostatecznie, prawdopodobnie dlatego, że wyglądałam i czułam się jak gówno, mogłam zrobić zadanie na następny dzień, 50 zadań, siedziałam do drugiej nocy. Spojrzała tylko, czy mam zrobione, zadała kilka pytań, żadnej oceny nie wstawiła, bo średnią mam całkiem dobrą. Egzaminu pisać nie muszę, bo według nauczycielki widać, że wszystko umiem. No, chyba, że rada powie inaczej.
  • Język angielski: "Masz dwa tygodnie na zaliczenie dwóch sprawdzianów i słownictwa z trzech działów, oprócz tego pracuj systematycznie, to może cię przepuszczę" Zaliczyłam, uzbierałam średnią 2,90, dostałam na koniec 2 bo frekwencja, nie sądzę żeby miała do tego prawo, ale niech będzie. Zdałam, o ile rada nie powie inaczej.
  • Język polski: "W dwa tygodnie zalicz 5 zaległych sprawdzianów, napisz 8 rozprawek i pracuj systematycznie, to może cię przepuszczę." Na rozprawki ledwie zerknęła, przeczytała tylko 3, resztę olała, żadnej oceny za to nie dostałam, po prostu musiałam napisać. Zdałam, o ile rada się zgodzi.
  • Język niemiecki: "Pracuj systematycznie, to cię przepuszczę." "Jednak będziesz musiała pisać egzamin." " Napisz jeszcze raz kartkówkę, to nie będziesz musiała pisać egzaminu." "Nie musisz pisać tej kartkówki, ale muszę jeszcze porozmawiać z innymi nauczycielami. W poniedziałek ci powiem, co z tym egzaminem."
Tak wygląda moja sytuacja, a zrobiłam to sobie sama. Jeśli chodzi o język polski i angielski, to było to, to samo dwa tygodnie, pytałam o wiele wcześniej, ale wtedy mnie zlewali, dopiero gdy zrobiło się naprawdę późno, zasypali mnie zadaniami. Inni uczniowie się wściekają, są to ci, którym grozi niezdanie. Nie zauważyli, że zaliczyłam ze wszystkiego wszystkie zaległości, że wszyscy w tym miesiącu mieli prawo do przyjścia i zaliczenia czegoś, ci bardziej ogarnięci to robili. Ale ja według nich nie powinnam zdać, bo nic nie robię. Szczerze? Spokojnie mogłabym za nich kiblować, gdyby wzięli wszystkie moje problemy, lęki i choroby. W szkolnych dokumentach znajduje się cały stos opinii psychiatrycznych na mój temat. Moje życie i tak jest beznadziejne, nie sądzę bym dała sobie radę, nieważne czy zdam czy nie. Oficjalnie nie zaliczyłam tylko jednego przedmiotu, ewentualnie dwóch, wszystko może zostać jednak zaprzepaszczone, bo to rada ma ostatnie słowo. Właśnie ta cała niepewność mnie zabija. Nie jestem nawet w stanie napisać egzaminu z języka niemieckiego, jeśli będę musiała go pisać, na pewno nie zaliczę.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Praktycznie nic nie zjadłam, śniadanie i obiad po prostu przespałam, zgarnęłam jedynie kawałek kotleta z kurczaka. Waga znowu poszła w górę, jak ja kocham być chora... Chyba przestanę się ważyć, a potem dostanę zawału jak zobaczę ile przytyłam. Obowiązki urodowe oczywiście nie zrobione.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Takie Tam

Życie mnie po prostu nienawidzi. Jestem chora, jak cholera. A gdy jestem chora waga idzie w górę bez względu na to, co jem, już wzrosło dwa kilo, a pewnie wzrośnie więcej. Cały wysiłek na nic, a gdyby nie choroba to przecież było by dobrze. Życie mnie po prostu nienawidzi, zawsze niszczy to, co zaplanuję. Ostatni raz byłam chora we ferie w zeszłym roku, wtedy też miałam się odchudzać, a wyszło na to, że przybrałam 4 kilo. Do tego na jutro muszę zrobić dodatkowe zadania z matematyki, inaczej nie zdam, tylko jak ja mam to zrobić, skoro ledwo kontaktuję? Nie mogę się nawet zwolnić chodź z części lekcji, bo nie zdam. Dziś byłam praktycznie nieprzytomna. Od ponad miesiąca chodzę codziennie, to wykańcza mnie psychicznie, mam dość od dawna, ale płaczę i  dalej zakuwam wszystko na zaliczenie. We wtorek rada pedagogiczna, a ja się rozchorowałam akurat teraz, a matematyka, to nie jedyna rzecz. Jeszcze angielski, a potem zaliczenie semestru z historii i niemieckiego. Od miesiąca jestem pewna, że nie dam rady, ale nauczyciele i rodzice zmuszają mnie, zabraniają mi się poddać, a ja co noc płaczę, nie mogę spać, i wciąż mam wrażenie, że robią to dla rozrywki, bo i tak nie zdam. Do tego znowu cały wysiłek poszedł na marne. Wychodziłam z głodówki całkiem dobrze, przytyłam tylko pół kilo, ale to normalne, a teraz co? Dwa kilo w górę, tylko dlatego, że jestem chora. Nie rozumiem mojego organizmu, a świat mnie nienawidzi.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie kanapka z szynką, na obiad owoce morza. Obowiązki urodowe nie zrobione, nie mam siły się ruszyć.

środa, 19 kwietnia 2017

O co Chodzi z Tym Zimnym Prysznicem.

Zjadłam wczoraj kawałek mazurka,  po prostu nie dałam rady się opanować, mam nadzieję, że nie przytyję za dużo. Dzisiaj musiałam połazić po mieście i umieram. Według moich obliczeń zrobiłam jakieś 7 kilometrów,  jednak nie jestem zbyt zmęczona, moje stopy są za to kompletnie zmasakrowane, odcisk na odcisku normalnie. Zawsze tak jest, to nie wina ani butów ani drogi. Wychodzi na to, że chyba po prostu jestem za ciężka. 

W moich obowiązkach urodowych znajduje się codzienny zimny prysznic. Zapewne parę osób zastanawia o co z tym chodzi, postanowiłam więc to wyjaśnić. Lodowata woda ma szereg właściwości dobrych dla naszego ciała i nie tylko.
  • Zacznę od najważniejszej dla mnie rzeczy, tłuszcz nie lubi zimnej wody. Lodowate bicze wodne są świetne na tkankę tłuszczową, ponieważ "rozrywają" ją, dzięki czemu łatwiej się jej pozbyć, podobno też wpływa na zwiększenie przemiany materii, ale tu już zdania są podzielone. Ja robię to tak, że ustawiam tryb o najmocniejszym ciśnieniu wody, po czym polewam brzuch, biodra i uda, dopóki nie przestanę czuć dyskomfortu związanego z zimnem.
  • Zimna woda ujędrnia skórę i przeciwdziała cellulitowi. Podobno lepsze są bicze naprzemiennie zimną i gorącą wodą, bo lepiej ćwiczą skórę. Ja nigdy tego nie próbowałam, bo mój prysznic za wolno zmienia temperaturę. Lodowata woda przede wszystkim poprawia krążenie i zapobiega wiotczeniu. Badania pokazują, że spowalnia też starzenie. Gorąca woda za to osłabia naczynia krwionośne oraz zmniejsza elastyczność skóry. Mój sposób jest bardzo prosty, ja się po prostu w takiej wodzie kąpie. Na początek polewam się lodowatym strumieniem z prysznica, potem moczę gąbkę w równie lodowatej wodzie i się myje, a na koniec dokładnie się opłukuję. Wcześniej próbowałam też lodowatych kąpieli, ale czułam, że jestem na granicy hipotermii i odmrożeń, więc wybrałam prysznic. Aby ujędrnić skórę można również masować się kostkami lodu, lub wsadzać do zimnej wody poszczególne części ciała. A może by tak zapisać się do klubu morsów?
  • Zimna woda jest tańsza, nie ma co się nad tym rozwodzić, gdy wyznajemy zimne kąpiele w jakiś sposób oszczędzamy pieniądze i chyba nawet zmniejszamy zanieczyszczenia.
  • Lodowata woda jest też bardziej naturalna. Lubię poszukiwać naturalnych sposobów na różne rzeczy, więc jeszcze nie raz będę takie rzeczy pisać. Ciepłe kąpiele to dość nowy wynalazek, wcześniej albo w ogóle się nie kąpano, albo robiono to w lodowatym strumieniu, więc może być tak, że do zimnych kąpieli jesteśmy bardziej przystosowani niż do ciepłych i to one są dla nas lepsze, ale to tylko moja głupia teoria, spokojnie możecie to zignorować.
  • Zimna woda wpływa na ukrwienie skóry głowy, co jest dobre dla naszych włosów, oraz w jakiś sposób reguluję produkcję gruczołów łojowych. Oprócz tego domyka łuski włosa, a im bardziej domknięte łuski, tym gładsze i bardziej posłuszne włosy. Jeśli chodzi o skórę głowy, to nie polecam kompletnie lodowatej wody, tylko letnią, bo można nabawić się bólu głowy a nawet się przeziębić. Przy samych włosach możemy iść na całość, przecież i tak tego nie poczujemy.
Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie kanapka z szynką. Na obiad zupa krem z pomidorów. Wieczorem niestety zjadłam kawałek mazurka. Obowiązki urodowe wykonane. 

wtorek, 18 kwietnia 2017

A Dzieci w Afryce Głodują

Do zakazanych produktów dołączył grillowany kurczak z biedronki, którego wczoraj zjadłam.  Miło by było ogarnąć jak to działa. Nawet to, że nie mogę glutenu jest skrótem myślowym. Makaron, bułki białe pieczywo, a z niezdrowych rzeczy: pizza, zapiekanki, donuty, powodują o wiele większe tycie niż inne produkty. Panierka i razowe pieczywo za to wpływają na mnie normalne, więc nic nie rozumiem. Dodatkowo takie same złe właściwości mają kabanosy i ten nieszczęsny kurczak.  Nie ogarniam...

Trochę się doigrałam, bo po tygodniowej przerwie w drożdżach, znowu musze przeczekać fale pryszczy, ale mówi się trudno, teraz i tak nie zależy mi na gładkiej twarzy. A jeśli chodzi o sukienkę galową, to już wchodzę w nią bez problemu, ale chamsko podkreśla mi brzuch,  więc przydałoby się schudnąć jeszcze jakieś 5 kilo przed maturą, o ile mnie do niej dopuszczą oczywiście. 

Nie wiem jak inni, ale ja mam problem ze zbyt dużą ilością jedzenia. Gdy przygotuje sobie za dużo, nie mam pojęcia co z tym zrobić. Z tego powodu zjadam wszystko, nawet jak czuję, że jestem już pełna. Po prostu nie chcę nic zmarnować, bo marnowanie jedzenia jest przecież złe, bo przecież dzieci w Afryce głodują.

Ale czy dzieciom w Afryce pomoże to, że się przejem? Nie! Dzieci w Afryce tak naprawdę nie obchodzi co się stanie z jedzeniem, którego w życiu na oczy nie zobaczą. Resztki z posiłku można odłożyć do lodówki, zamrozić albo dać komuś innemu do jedzenia, ale jeśli te opcje z jakiegoś powodu odpadają, nie bójmy się tego jedzenia wyrzucić. Nie jedzmy tylko dlatego, że coś ma się zmarnować. Tak samo, jeśli w domu zalega coś, co może nas skusić, a nie ma nikogo, kto chciałby to zjeść, po prostu to wyrzućmy, po co mamy narażać naszą dietę? Wiele osób, gdy zje zbyt dużo, ma wyrzuty sumienia, biorą nawet środki na przeczyszczenie lub wymiotuje.  Dlaczego więc tego jedzenia nie wywalić. Nasza psychika jest przecież ważniejsza.  

To podejście jest cholernie nieekologiczne, dlatego należy odpowiednio planować posiłki, ale jeśli coś nam zostanie, nie miejmy skrupułów by to wyrzucić. Starajmy się nie marnować jedzenia przez przygotowanie mniejszych porcji, ale jeśli zdarzy się nam wpadka, nie jedzmy na siłę, nieważne jak smaczne by było. Oddajmy komuś, zostawmy na później, lub po prostu wyrzućmy.

Podsumowanie dnia poprzedniego:
Na śniadanie kilka plasterków wędlin, na obiad grillowany kurczak z sosem pad thai, którym się niestety przejadłam, w między czasie jedna mandarynka. Wszystkie obowiązki urodowe wykonane.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Małe Sprostowanie

Wielkanocnej gehenny ciąg dalszy. Dziś pojechaliśmy do dziadków, a to oznacza jeszcze więcej żarcia. Na szczęście nie był to obiad, a jedynie stół uginający się od różnych przekąsek, z tego o wiele łatwiej było się wywinąć. Wzięłam jedną mandarynkę, chodź nie powinnam, bo owoce mają dużo cukru, a cukier sprawia, że chce się jeść, a potem zwiałam, udając że nie widzę świata poza psami dziadków. Jakoś udało się to przetrwać, niestety do domu wróciliśmy z dodatkowym ciastem i ogromną torbą różnych słodyczy, nawet bałam się sprawdzać co tam jest.

Jeden z ostatnich moich wpisów wywołał trochę kontrowersji. Wiem, że jestem nieprzystosowana społecznie, chamska i mam cięty język. Gdybym nie miała, nie dałabym rady przetrwać, musiałam się jakoś bronić przed słowną przemocą. Postanowiłam teraz wyjaśnić, co tak naprawdę miałam na myśli, nie pierwszy raz to robię. przyzwyczaiłam się, że nie nadążam za społeczeństwem, a ono za mną, z każdej takiej sytuacji wyciągam nauki i staram się ją jakoś naprostować, więc tym razem też tak zrobię.

Zacznijmy od tego, że tandeciary, lub ofiary mody zawsze mnie bawiły, bawią, i będą bawić dalej, bez względu na sylwetkę. Teraz są modne spodnie z dziurami, niektóre modele nawet mi się podobają i sama chciałabym je nosić, jednak w mojej szkole przyjęło to specyficzną formę. To co nosi większość dziewczyn, wygląda jak jeansy mamuśki wyprodukowane 40 lat temu, dodatkowo dzięki tym specyficznym rozdarciom i sptrzępieniom, wyglądają jakby przez ten czas chodził w nich jakiś bezdomny. Spodnie wiszą tam gdzie nie trzeba, dzięki czemu nogi wydają się niezgrabne, a tyłek rozlazły. Ale co zrobić skoro taka moda? W klasie mam również dziewczynę, która jest modelką, więc figurę ma idealną i mogłaby nosić absolutnie wszytko. Całe wakacje jeździła po sesjach i pokazach po całej Europie, gdy wróciła do szkoły zaczęła się ubierać jak wieśniara, jakby na siłę starała się być modna, jakby zachłysnęła się tym światowym życiem, a ja nie mogłam tego zrozumieć. Dopiero po dwóch miesiącach się ogarnęła, teraz ubiera się jednocześnie modnie, ładnie i oryginalnie, i moim zdaniem bardzo jej to pasuje. Wszystkie sytuacje tego typu po prostu mnie bawią, ale nigdy nie powiedziałam tego nikomu w twarz, o takich rzeczach rozmawiam jedynie z najlepszą przyjaciółką i mamą.

Ogólnie każdy może ubierać się jak chce, i każdemu się to może nie podobać. Nie można zabronić komuś wyrażania własnej opinii, dopóki w ten sposób nikogo nie krzywdzi. Warto również pamiętać, że przydałoby się ubierać chociaż tak, aby nie uwydatniać swoich wad, ale jeśli komuś na tym nie zależy, to ok, ale od "autorytetu modowego" tego się właśnie wymaga, bo to właśnie w nich inne dziewczyny szukają inspiracji do dobrego wyglądu. Inną sprawą jest też to, że ludzie po prostu nie chcą oglądać pewnych rzeczy. Moje uda są w tragicznym stanie, nie tylko dlatego że grube, ale też rozlazłe i pokryte rozstępami, nie wyobrażam sobie wyjścia na ulicę w szortach, nie mówiąc już o pokazywaniu gołego brzucha pełnego fałd, tego po prostu nikt nie chce widzieć, takie rzeczy przejdą tylko na plaży, bo to zupełnie inna sytuacja.

Wcześniej pisałam, że nienawidzę otyłych ludzi, nie wszystkich oczywiście, tylko dwa typu: osoby, które postanowiły pozostać grube, walcząc przy tym o dodatkowe ulgi dla grubasów i namawiając do takiej samej akceptacji swojej otyłości, oraz osoby, które nie chcą być grube ale nic nie mają zamiaru z tym zrobić, po prostu obżerają się dalej i wyzywają osoby, które są szczupłe.

Jak mało wiem, jak szykanowanie boli, doświadczyłam przecież tego na własnej skórze. Nie raz wdawałam się w gównoburze, broniąc ludzi, którzy byli wyśmiewani tylko z powodu wagi, Ogólnie nie pozwalam, by gnojono kogokolwiek tylko z powodu wyglądu, pochodzenia itp. Dopóki nie znam człowieka, jest dla mnie tak samo wartościowy jak wszyscy ludzie. Każdy człowiek zasługuje na takie samo traktowanie. Wymienione przeze mnie przypadki są nienawidzone nie przez wygląd, a właśnie przez charakter, bo ich zachowanie to jest coś, co mało komu odpowiada, mało tego, wydaje mi się, że to właśnie one po części przyczyniły się do tego, jak są traktowani WSZYSCY grubi ludzie, społeczeństwo lubi przecież wrzucać wszystkich do jednego wora.

Szafiarki plus size należą do tego pierwszego typu, a raczej to Debz należy. Tak naprawdę to przejrzałam ponad 30 takich blogów, dotyczyły one głównie wyglądu, czasem pojawiła się jakąś pierdołę typu "kochaj siebie", ale to nic nie znaczy. Takie osoby które zaakceptowały swoją otyłość, trochę mnie rażą, bo przecież to kalectwo na własne życzenie, ale mogę je zaakceptować, ich zdrowie ich wybór, skoro czują, że w ten sposób będą szczęśliwsze, to proszę bardzo, byleby nie namawiały innych do tego samego.

Namawianie ludzi do akceptacji swojej otyłości jest złe, nie licząc oczywiście przypadków, gdy ktoś jest chory i rzeczywiście nie ma wyboru. Do takich osób powinno się mieć inne podejście niż poprawność nam każe. Nie "nic w tym złego, że jesteś gruby", tylko " Nic w tym złego, że miałeś okres słabości i się roztyłeś, zawsze przecież możesz to zrzucić". Dla mnie sprawa jest prosta, jeśli czegoś nie lubię, a mogę to zmienić, to staram się to zrobić. Do tej pory mi nie wyszło, miałam nawet kilkumiesięczne przerwy, ale cały czas albo staram się zmienić, albo przygotowuję się do tego. Pomijając już wygląd, otyłość to kalectwo, choroba taka sama jak alkoholizm. Wiążą się też z nią różne choroby, przede wszystkim utrudnia życie. Mogłabym napisać o tym więcej, ale nie chce powielać moich notek.

To co wtedy napisałam mogło się wydać trochę chamskie, ale dlaczego nie mogę napisać: "Wygląd tych kobiet mi się nie podoba, ja nie chcę tak wyglądać, więc to motywuje mnie do pracy nad sobą"?Tak naprawdę denerwuję mnie ta poprawność, wszyscy ludzie są wobec siebie równi, bez względu na wygląd, płeć, pochodzenie czy orientację, nikt nie powinien mieć specjalnych praw. Dlaczego mogę powiedzieć: "nie podobają mi się blondynki, bo lubię czarne włosy", ale "nie podobają mi się murzynki, bo lubię porcelanową cerę" zostanie odebrane źle? Mam prawo powiedzieć, że nie podobają mi się otyli ludzie, bo przy tym nikogo nie obrażam, a wygląd nie definiuje tego, jakim ktoś jest człowiekiem.

Mój post nie miał na celu nikogo obrazić, nie spodobało mi się to, jak Debz pokazuje innym, że nie muszą chudnąć, bo "to społeczeństwo jest złe", oraz Cynhia, która swoje złe nawyki przeniosła na swoje dziecko, dlatego uderzyłam w chamską nutę. Chcę być szczupła, ładna, oraz nosić fajne ubrania, a patrzenie na grubych ludzi, którzy są WEDŁUG MNIE brzydcy, oraz na to, jak WEDŁUG MNIE źle wyglądają w fajnych ubraniach, lub jak w ogóle nie są w stanie fajnie się ubrać, stanowi dla mnie ogromną motywację do pracy nad sobą. Patrzenie na kogoś, kto ci się nie podoba, ze świadomością, że jeśli o siebie nie zadbasz możesz skończyć podobnie, daje ogromnego kopa. Taką samą motywację mogą odnaleźć też inni. Tym właśnie był ten post, przedstawieniem mojego sposobu oraz inspiracją dla innych z problemem podobnym do mojego.